czwartek, 29 września 2016

3 x JESIENNY MAKIJAŻ




#Makijaż 1

Wykonany moją pierwszą paletą, do której nadal często wracam a mowa o Sleek - Ultra matte darks V2. Jeśli szukacie matów, w jesiennych kolorach, może okazać się idealna również dla was. Obecnie na stronie cocolita.pl trwają przeceny kosmetyków, m.in palet marki Sleek.

Kosmetyki, których użyłam:

Twarz: baza pod makijaż Kobo matte&toning; podkład Revlon Colorstay nr 150; korektor Catrice liquid camouflage 010; Wibo póltranspartentny puder matujący; Kobo kredka do konturowania nr 3; Kobo matte bronzing&contouring powder 311; Wibo róż 2 kolorowy nr 1; Wibo rozświetlacz diamond illuminator

Oczy: baza pod cienie Zoeva eyeshadow fix pearl; cienie z palety Sleek Ultra matte darks v2; eyeliner maybelline master precise liquid eyeliner, mascara Rimmel wonder'full volume colourist, rzęsy Ardell (genetycznie zmodyfikowane i obcięte przeze mnie).

Rzęsy: Pomada Ardell medium brown

Usta: Golden rose matte lipstick crayon 08








 #Makijaż 2

Kosmetyki, których użyłam:

Twarz: podkład Revlon Colorstay nr 150; korektor Catrice liquid camouflage 010; Wibo póltranspartentny puder matujący; Kobo kredka do konturowania nr 3; Kobo matte bronzing&contouring powder 311; Wibo róż 2 kolorowy nr 1; Wibo rozświetlacz diamond illuminator

Oczy: baza pod cienie Zoeva eyeshadow fix pearl; cienie z palety Zoeva Retro future, Makeup revolution Eyes like angels, Makuep Revolution trals vs neutrals; eyeliner maybelline master precise liquid eyeliner, mascara Rimmel wonder'full volume colourist, rzęsy Ardell (genetycznie zmodyfikowane i obcięte przeze mnie).

Rzęsy: Pomada Ardell medium brown

Usta: Golden rose Longstay liquid matte lipstick 06








#Makijaż 3

Wykonany nowością z mojej toaletki - paletą Sleek Vintage Romance. Dla miłośniczek fioletu, brokatu i błysku strzał w 10. Odkopałam również brązowe szminki, które przy czerwonych włosach sprawdzały się jako stonowanie koloru na całej głowie:) Możecie również zobaczyć nowy podkład od Catrice w akcji. Na zdjęciach prezentuje się znacznie lepiej niż Revlon CS. 

Kosmetyki, których użyłam:

Twarz: baza pod makijaż Bielenda efekt poprawy kolorytu; podkład Catrice HD liquid coverage foundation; korektor Catrice liquid camouflage 010; Wibo póltranspartentny puder matujący; Kobo kredka do konturowania nr 3; Kobo matte bronzing&contouring powder 311; Róż Diadem 09; Wibo rozświetlacz diamond illuminator

Oczy: baza pod cienie Zoeva eyeshadow fix pearl; cienie z palety Sleek Vintage Romance; eyeliner maybelline master precise liquid eyeliner, mascara Rimmel wonder'full volume colourist, rzęsy Golden Rose false eyelashes 06.

Rzęsy: Pomada Ardell medium brown

Usta: Golden rose matte lipstick crayon 14








 


Przykuł któryś waszą uwagę?:)

sobota, 24 września 2016

Mizon, Snail Repair Eye Cream, czyli krem pod oczy z śluzem ślimaka

Cześć dziewczyny!

Zawartość lipcowego pudełka Prettybox obfitowała w dobrocie, a wiadomość o kremie z śluzem ślimaka spowodowała ogrom zamówień. Dla mnie była to substancja znana jedynie z opowieści i musiałam przekonać się na własnej skórze czy faktycznie działa cuda. 

Wyciąg ze śluzu ślimaka możemy spotkać przede wszystkim w kosmetykach azjatyckich. Odkrycie właściwości tej specyficznej substancji było całkiem przypadkowe - pewien hodowca zauważył, że praca przy ślimakach pozytywnie wpływa na jego dłonie. Blizny i przebarwienia zniknęły a sama skóra stała się miękka w dotyku. Po wnikliwych badaniach okazało się, że wydzielina ma właściwości odmładzające, nawilżające, regenerujące a także pomaga zwalczyć trądzik i zaskórniki!






Opis producenta:


"Ślimakowe kosmetyki produkuje się w specjalnie przygotowanych dla ślimaków warunkach. Aby osiągnąć odpowiedniej jakości śluz do kosmetyków, potrzebna jest naukowa wiedza oraz rzetelność i umiejętności pobierania śluzu od ślimaka. Zwierzęta te podczas całego procesu muszą być zdrowe i nienarażone na stres – w przeciwnym wypadku śluz nie będzie miał odpowiedniego składu. Wykwalifikowani pracownicy po pobraniu śluzu ślimaka – zwracają go do miejsca hodowli.

-filtrat z ślubu ślimaka (aż 80%) - działa silnie regenerująco na skórę;
- E.G.F - naturalnie zaczyna zmniejszać się w okolicach 25 roku życia. Sprawia, że skóra jest jędrna, napięta i bez zmarszczek;
- adenozyna i peptydy - uelastyczniają i ujędrniają skórę wokół oczu ;
- niacynamipidy - wspierają w walkach z obrzękami wokół oczu oraz brzydkimi zaciemnieniami.

 Termin trwałości: 12 miesięcy po otwarciu opakowania"





Skład:

 Snail Secretion Filtrate, Butylene Glycol, Glycerin, Cetearyl Olivate, Sorbitan Olivate, Limnanthes Alba (meadowfoam) Seed Oil, Niacinamide, Octyldodecyl Myristate, Glyceryl Stearate, Peg-100 Stearate, Squalane, Polyacrylate-13, Polyisobutene, Water, Polysorbate 20, Cetyl Alcohol, Stearyl Alcohol, Beeswax, Ethylhexylglycerin, Caprylyl Glycol, Tropolone, Dimethicone, Glyceryl Stearate, Palmitic Acid, Stearic Acid, Sodium Hyaluronate, Rh-oligopeptide-1, Palmitoyl Pentapeptide-4, Hydrolyzed Wheat Protein, 1,2-hexanediol, Prunus Amygdalus Dulcis (sweet Almond) Seed Extract, 1,2-hexanediol, Portulaca Oleracea Extract, Betula Platyphylla Japonica, Adenosine, Disodium Edta




 Moja opinia:

Krem otrzymujemy w szklanym, eleganckim słoiczku o pojemności 25 ml. Dostępna jest również mniejsza wersja - 15 mililitrowa, w plastikowej tubie. Na dnie kartonika znajdziemy dodatkowo plastikową łopatkę, która ma ułatwiać wydobywanie odpowiedniej ilości kremu. Nakładając go na skórę nie wyczuwam mocniejszego zapachu - jest bardzo subtelny. Z ciekawości włożyłam  nos do słoiczka (w końcu mamy w nim specyficzną substancję) - w tym momencie poczułam nieśmiały smrodek. Jego konsystencja nie wyróżnia się na tle innych kremów bez śluzu ślimaka w składzie (przypomina lekki krem do twarzy). 

Tak więc wizualnie nie odbiega od "zwykłych" specyfików pod oczy, jest w nim jednak coś wyjątkowego - działanie. Do dziś pamiętam pierwszą aplikację i poranne zachwyty. Mogę to porównać z rozładowaną baterią w telefonie pozostawioną na noc pod ładowarką. Skóra była zregenerowana, odżywiona, nawilżona i odświeżona. Zasinienia poszły w niepamięć a okolica oczu tryskała niezwykłym zadowoleniem. Z każdym kolejnym dniem nie widziałam  już spektakularnych zmian, z jednego powodu - skóra została odżywiona i "podładowana" to pewnego, zadowalającego momentu i w takim stanie pozostaje do dzisiaj.
Wychodzę z założenia, że kremu pod oczy po prostu nie można żałować. Pomimo intensywnego użytkowania jest ze mną już prawie 3 miesiące i najprawdopodobniej wystarczy na kilka kolejnych tygodni. Wchłania się momentalnie, dobrze sprawdza się zarówno aplikowany na noc jak i w ciągu dnia.


Cena: 68,99/25 ml         44,99/15 ml


A Wy stosujecie kosmetyki z śluzem ślimaka w swojej pielęgnacji? :)

środa, 21 września 2016

Nowości września

Hej!

Od kilku miesięcy nie pokazywałam żadnych nowości z prostego powodu - zużywałam zapasy i nie robiłam większych zakupów online. Coraz dłuższe wieczory będę zapewne owocować w zabawy pędzlami, więc kilka nowych palet po prostu musi wpaść w moje niewyparzone ręce! Wielkimi krokami zbliża się kolejna Rossmannowska promocja, na która wiele z was już niecierpliwie wyczekuje. Moje zakupy będą w tym czasie symboliczne, wyskoczę jednie po preparat do usuwania skórek i zapas masełek do ust. Tym oto postem podkreślam swoje wrześniowe wydatki:)




Na pierwszy ogień to co lubię najbardziej, czyli wszelakiej maści cienie! Fioletowe, bordowe odcienie uwielbiam od zawsze. Paleta Vintage Romance od Sleek'a była w mojej głowie od dłuższego czasu. Tym nieśmiałym akcentem przywitałam makijażową wiosnę:)




Jeśli jesteśmy przy oczach to pokażę wam od razu rzęsy. Jeszcze kilka miesięcy temu mówiłam im kategoryczne nie. Moje rzęsy są praktycznie niewidoczne, więc okazjonalnie zaczęłam sięgać po połówki. Pełny pasek zakupiłam z myślą o makijażach i moją uwagę przykuła propozycja Golden Rose - są to rzęsy robione ręcznie. Wybrałam model 06 i wygląda na oku niesamowicie!





Odkąd pierwszy raz nałożyłam na twarz krem BB od Skin79, praktycznie odłożyłam w kąt podkłady. Od czasu do czasu sięgałam po standardowy Revlon, ale i on się kiedyś skończył. Na moje szczęście, podczas składania zamówienie na Cocolita.pl w nowościach pojawił się HD liquid coverage od Catrice, który przez ostatni tydzień narobił w internecie niemałego szumu. Mój odcień to 010, który okazał się najjaśniejszy. Kolorystycznie jestem Revlonową (CS) 150, więc liczyłam na podobną tonację. Na instagramie pokazywałam wam porównanie tych dwóch odcieni i HD LC wydawał się znacznie ciemniejszy! Nakładałam go dzisiaj po raz drugi i idealnie wtopił się w jasną karnację, więc bez obaw. Póki co, nie chcę zapeszać, ale Revlon CS może się przy nim schować:)

Nowe bazy od Bielendy zrobiły na mnie takie wrażenie, że od razu pobiegłam do Rossmanna. Dostępne w 3 propozycjach - korygującej, rozświetlającej oraz brązującej. Wybrałam wersję, której zadaniem jest poprawa kolorytu, kolejnym razem dokupię jeszcze rozświetlającą. Również nie chcę zapeszać, ale te perełki najprawdopodobniej zagoszczą w mojej toaletce na stałe!




Idealny krem nawilżający to dla mnie niekończący się problem. Przez lata stosowałam balsam do twarzy i ciała od Cetaphil, ale postanowiłam zrobić sobie przerwę i brnę do przodu z gorszymi i lepszymi produktami. Lada miesiąc wrócę do mojego ulubieńca, mam nadzieję, że będzie działał perfekcyjnie jak za naszych starych dobrych czasów a moja skóra nie będzie już "przyzwyczajona".

Tak więc wciąż szukam mocnego nawilżacza - na dzień. Chwaliłyście masowo kosmetyki z serii algowej od Bielendy. Próba nie strzelba, spróbowałam! Dla mnie jest to niestety krem, na lepsze dni. Moja skóra jest naprawdę wymagająca pod tym względem i trafiłam na drogeryjne półki ponownie. Trafiłam na promocję krem na dzień + krem na noc gratis. Wybrałam nawilżającą serię od Eveline za niecałe 14 zł i póki co jestem bardzo pozytywnie zaskoczona!



Szampon na tradycyjnej recepturze od Babuszki Agafii trafił do koszyka przypadkiem. Rosyjskie i estońskie kosmetyki sprawdzają się u mnie naprawdę dobrze i darzę je sentymentem. Szampon użyłam dotychczas 2 razy, ale zapowiada się naprawdę ciekawie. W składzie znajduje się SLS., ale ratuje go mnóstwo składników aktywnych.

Markę Organic Shop poznałam zanim wypuściła w świat peelingi i kosmetyki do włosów. Moim pierwszym kosmetykiem był balsam/krem, który kojarzy mi się z jednym - okropnym zapachem. Do trzech razy sztuka, zamówiłam peeling! Niestety, najlepsze propozycje zapachowe były wykupione i obawiam się co do tej wersji. Póki co zapach mnie odstrasza, zobaczymy po połączeniu z wodą.




Maski od Kallos'a trafiają się raz lepsze raz gorsze. Póki co moim faworytem jest bananowa petarda. Rewitalizująca maska ma dosyć chemiczny zapach i na tle swoich kolegów, których używałam przed nią wypada słabo.




Na koniec zakup, którego praktycznie nie planowałam. Od jakiegoś czasu miałam ochotę zrobić pierwsze hybrydy, ale kilkugodzinne wyjście na zrobienie paznokci w mojej sytuacji byłoby śmieszne (ewentualnie z synem pod pachą). Ni stąd ni zowąd kupiłam starter Semilac, ze standardową (bodajże) lampą i takim oto sposobem dowiedziałam się, dlaczego tak kochacie hybrydy. Zabawę w wzorki ostatnio nie odpuścił nawet mój chłopak i tak został kosmetyczką chałupnikiem.




Moje kolory lakierów Semilac to klasyczna  czerwień z brokatem 026, szarość w numerze 141 i przepiękna pastelowa żółć, czyli Banana 023. Akurat po zrobieniu pierwszych hybryd trafiłam na post ze stosunkowo nowymi lakierami marki Starlack. Chociaż w internecie znajdziemy niewiele informacji na ich temat, zdążyły zebrać już kilka zachęcających recenzji. Zamówiłam na próbę 3 odcienie - czarny, biały oraz zamiennik mardi gras o numerze 58. Lakierami dwóch marek pobawię się jeszcze jakiś czas. Póki co, nie mam podstaw, żeby cokolwiek oceniać, ale nie widzę między nimi różnicy:)





A wy co kupiłyście w ostatnim czasie? Wybieracie się na jesienną promocję do Rossmana? 
PS. Łapcie od razu bazę od Bielendy!:)

niedziela, 18 września 2016

Skin79, Pore bubble cleansing mask - czyli maska, która żyje!

Hej!

W zeszłym tygodniu polski dystrybutor marki Skin79 zorganizował zabawę, w której szczęściary otrzymały  do testów najnowsze maski w płacie - pore bubble cleansing mask. "Skinowskie" maseczki są nasączone cudownymi substancjami do granic możliwości, więc od rana wypatrywałam kuriera z nadzieją, że niebawem zamienię się w łabędzia. W ostatnim czasie, będąc w rozjazdach odżywiałam się tak beznadziejnie, że od razu tygodniowa rozpusta odbiła się na stanie mojej cery. Maska od Skin79 miała spore pole do popisu, ale w końcu nie jest to zwykła maska!





Opis producenta:

"Pierwsza maseczka w płacie zapewniająca efekt masażu jednocześnie. Maska, dzięki drobnym pęcherzykom powietrza, wnika głęboko w pory, dokładnie je oczyszczając. Ekstrakt z jeżówki pobudza wytwarzanie nowych włókien kolagenowych i silnie regeneruje. Proteiny mleka nawilżają i wygładzają skórę. Wąkrota azjatycka wykazuje działanie przeciwzapalne, poprawia gęstość i elastyczność skóry. Twarz staje się silnie nawilżona i wyraźni rozjaśniona. Stosować minimum raz w tygodniu.

Sposób użycia:

1. Umyć i stonizować twarz.
2. Rozmasować maskę przez opakowanie, aby równomiernie rozprowadzić składniki aktywne.
3. Rozłożyć maskę na suchej skórze, dopasowując do oczu i ust.
4. Po około 10 minutach zdjąć maskę.
5. Umyć i stonizować twarz."

Skład: 

Water - woda
Glycerin - gliceryna, działa nawilżająco
Sodium cocoyl apple amino acids - detergent z soku jabłkowego. Pomijając jego właściwości myjące, jest składnikiem, przez który maska jest wyjątkowo - wytwarza niekontrolowaną pianę. Nie wysusza skóry, wręcz przeciwnie (chroni barierę lipidową).
Cocamidopropyl betaine - bardzo bezpieczna substancja myjąca otrzymywana z oleju kokosowego. Łagodna dla skóry, zazwyczaj spotykana w hipoalergicznych szamponach dla dzieci.
Dipropylene glycol - rozpuszczalnik, działa na skórę nawilżająco
Disiloxane  - silikon
Methyl  perfluoroisobutyl ether - łagodny rozpuszczalnik
Hydroxyethyloellulose - zagęstnik
Phenoxyethanol - substancja konserwująca
Sodium chloride - chlorek sodu, pełni rolę zagęstnika, może wysuszyć skórę
Ethylhexylglycerin - konserwant pochodzenia naturalnego
Disodium EDTA - konserwant, nieszkodliwy w małych ilościach
Fragrance - zapach 
Butylene glycon - nawilża i zmiękcza skórę
Ethyl hexanediol - rozpuszczalnik
Echinacea angustifolia extract - działa bakteriobójczo, przyśpiesza gojenie ran
Mentha piperita (peppermint) leaf extract - odpręża, odświeża i rozjaśnia skórę. Reguluje wydzielanie sebum, oczyszcza pory. Zapobiega powstawaniu wyprysków.
Milk protein extract - nawilża, działa przeciwzmarszczkowo
1,2 - hexanediol - konserwant
Centella asiatica extract - pobudza produkcję kolagenu i elastyny. Mocno nawilża skórę. Przyśpiesza gojenie się ran, pozytywnie wpływa na popękane naczynka. Stymuluje mikrokrążenie.
Gaulteria procumbens (wintergreen) leaf exract - działanie przeciwzapalne
Camellia sienensis leaf extract - odblokowuje pory i ogranicza powstawanie zaskórników
Houttuynia cordata extract - poprawiaw elastyczność, rozjaśnia przebarwienia. Odmładza skórę.





                                          Moja opinia:

Zanim przeszłam do wyjęcia maski, rozmasowałam ją palcami przez opakowanie jak zalecał producent. Miało to na celu pobudzenie składników aktywnych i po chwili były gotowe do działania. Wyciągając płachtę, materiał zaczynał pokrywać się delikatną musującą pianką. Pore bubble cleansing mask wizualnie również nie przypomina masek, które dotychczas poznałam - jest czarna!

Umyłam, stonizowałam skórę i długo się nie zastanawiając dopasowałam maskę do twarzy. Nasza bohaterka doznała maseczkowego elektrowstrząsu i ożyła. Zaczęła się pienić a wytwarzane bąbelki delikatnie masowały skórę, co było dosyć ciekawym dostaniem a raczej frajdą. Piana jest totalnie bezwstydna i gdyby mogła weszłaby do nosa. Cały zabieg jest przyjemny, nie piecze, nie podrażnia skóry.








Po całej ceremonii umyłam ponownie twarz i stonizowałam. Skóra była niesamowicie gładka w dotyku! Miałam wrażenie, że została pobudzona i po chwili uzyskała zdrowszy, świeży koloryt. Po ostatnim wyjeździe moja skóra potrzebowała mocnego oczyszczenia i o dziwo pory zostały opróżnione. W tym momencie była idealnie przygotowana do nałożenia makijażu! Rano byłam naprawdę zdziwiona, że "zwykła" maska potrafiła tak wpłynąć na cerę. Oczyszczone wcześniej pory znacznie się zwężyły a skóra była nawilżona i zregenerowana! 

Maska okazała się idealnym detoksem dla zanieczyszczonej , nieszczęśliwej skóry!


Maseczkową nowość możecie kupić tutaj. Obecnie sprzedawana jest w cenie promocyjnej - 16,90 zł.




zakochana, zamyślona ja





sobota, 17 września 2016

Golden Rose, Longstay Liquid Matte Lipstick 03,06,08,09 - swatche i efekt na ustach.

Hej dziewczyny!


W dzisiejszym poście gościmy szminkowy fenomen  ostatnich miesięcy marki Golden Rose. Oczywiście mowa o płynnych, matowych pomadkach Longstay Liquid Matte Lipstick, które pokochała niejedna kobieta! W moim szminkowym stojaczku zadomowiło się dotychczas cztery sztuki a apetyt rośnie w miarę jedzenia:)
Na pierwszy ogień,firma wypuściła 12 odcieni, więc każda z nas powinna znaleźć coś dla siebie. Miejmy jednak nadzieję, że gama kolorystyczna z biegiem czasu powiększy się o kolejne numerki. Kolory i ich tonacje są na tyle różnorodne, że na próżno kolekcjonować całą złotą 12-stkę. Na pewno nie wszystkie będą nam pasować. W asortymencie znajdziemy głęboką śliwkę, soczystą czerwień a nawet trupią szarość, która stała się najbardziej rozchwytywanym kolorem przy stoisku Golden Rose. Mnie ominęły zachwyty nad siwymi ustami i wybrałam bardziej żywe odcienie 03,06,08 oraz 09. Pomadki minimalnie różnią się od siebie konsystencją, trwałością, pigmentacją, ale o tym za chwilę!:)





Opis producenta:


"Pomadka w płynie gwarantuje perfekcyjne, pełne pokrycie ust matowym kolorem przez wiele godzin, bez uczucia przesuszenia i lepkości. Lekka formuła wzbogacona w witaminę E i olej z awokado sprawia, że usta stają się niezwykle nawilżone i gładkie. Elastyczny aplikator i kremowa konsystencja zapewniają wygodne rozprowadzanie produktu. Po aplikacji należy odczekać chwilę, aby uniknąć rozmazania. Produkt łatwo można zmyć przy pomocy dwufazowego płynu do demakijażu.


Skład: isododecane, trimethylsiloxysilicate dimethicone, polybutene, petrolatum, cyclohexasiloxane, kaolin, cera alba, silica dimethyl silylate, disteardimonium hectorite, aroma, propylene carbonate, glyceryl behenate/eicosadioate, persea gratissima oil, tocopheryl acetate, cyclopentasiloxane, benzyl alcohol, may contain, mica, ci 77891, ci 77491, ci 77492, ci 77499, ci 45410, ci 45380, ci 17200, ci 15850, ci 12085, ci 73360, ci 16035, ci 42090, ci 77742, ci 75470, ci 19140, ci 15985, ci 47005, tin oxid"





Napomknę jeszcze odrobinę o mniej ważnej dla mnie kwestii, czyli opakowaniu w jakim otrzymujemy pomadki. Zapakowane są w czarne, kartonowe "pudełeczko", które od razu wylądowało w koszu. Same pomadki, są całkiem przyjemne dla oka - prosty design, który mimo wszystko przykuwa uwagę. Aplikator o matowej "rączce" zakończone jest płaską gąbeczką, która pozwala naprawdę precyzyjnie wyrysować kontur. Oczywiście z konturówką jest to znacznie prostsze, jednak nie każda z nas dokupuje do każdej szminki kredkę:)


Idąc od początku, zacznijmy od najbardziej stonowanego koloru z dzisiejszej czwórki, czyli 03. Przydymiony wrzosowy odcień, który można znaleźć nie tylko w asortymencie Golden Rose, ale i innych marek. Wiele kobiet wybiera go z myślą o makijażu dziennym, tym też się kierowałam. Niestety, mój naturalny kolor ust jest bardzo jasny i wszystkie szminki ukazują na nich swoją intensywność w 100%. Niepozorny różowo - wrzosowy "dzienniak" okazał się dla mnie zbyt ciemny i noszę go najrzadziej. Nie zmienia to faktu, że ma fenomenalną pigmentację, nie zawiera drobinek i daje efekt totalnego matu. Jeśli chodzi o wytrzymałość, na moich wąskich ustach najszybciej znika z powierzchni i najbardziej je przesusza. Dla mnie okazał się najsłabszym ogniwem pod względem koloru, trwałości i komfortu.




Powoli przechodzimy do klasyki, czyli odcienie czerwieni, które zaoferował nam Golden Rose. Pierwszy z nich to numer 06, czyli przygaszona czerwień, która w dalszym ciągu mocno podkreśla usta, ale w bardziej jasny sposób. Zawiera ciepłe tony i nie każdy może czuć się w nim komfortowo (jeśli liczycie na optyczne wybielenie zębów). Pigmentacja jest niesamowita, dlatego tym bardziej staram się nakładać jak najcieńszą warstwę. Pomadka nosi się bardzo komfortowo, jeśli nie macie bardzo przesuszonych ust, podkreślenie jakichkolwiek suchych skórek nie wchodzi w rachubę. Potrafi przetrwać w trudnych warunkach (jedzenie,picie), jednak w miarę rozsądku. Po większości posiłków wymaga delikatnych poprawek - są to naprawdę minimalne ubytki.





Najbardziej zwariowany odcień, który nosiłam (do jego kupna podchodziłam kilka razy). Pokochałam go od pierwszego nałożenia i chociaż jest to kolor nie dla każdego, obok takiej petardy nie można przejść obojętnie. Mowa oczywiście o różowej żarówce 08. Na pierwszy rzut oka wydaje się idealną landrynką dla blondynek. Koleżanka o ciemnej karnacji, ciemnych oczach i włosach nałożyła ją na usta i z pewnością nie jest to kolor dla tego typu urody. Aplikując ją pierwszy raz byłam zdziwiona formułą - rzadsza i mniej napigmentowana niż w przypadku jej poprzedniczek. Mimo to, nie mam problemu z równomiernym rozprowadzeniem na ustach i uzyskaniu dobrego krycia. Nie wiąże się to z nakładaniem kilku warstw - rozprowadzam ją rozsądnie a dzięki wodnistej konsystencji okazała się najmniej wysuszającą usta. Test wytrzymałości przeszła na moich ostatnich "wczasach". Nałożyłam ją po śniadaniu i wyszłam z pokoju. Jadłam obiad, lody, wciąż piłam i byłam niemalże pewna, że moje usta wyglądają koszmarnie. Doznałam szoku, kiedy wszystko było na swoim miejscu! Zdjęcie z wieczoru mogłyście zobaczyć na instagramie - czyż nie wygląda na świeżo nałożoną?:) 





Na koniec mój osobisty fenomen, który potrafię nałożyć nawet o 9 rano - czyli nr 09. Głęboka czerwień to odcień, który ubóstwiam od wielu lat, kiedy nałożenie mocniejszej szminki było czymś nie do pomyślenia! Propozycja od Golden Rose, to najpiękniejsza czerwień, która przewinęła się przez moje ręce. Na żywo wygląda rewelacyjnie i potrafi w 100% wydobyć kobiecość. Męczę ją dosyć często, przeżyła już niejedno kilkugodzinne wyjście w tym dwa wesela i zdała test na 5 (jako jedyna wychodziłam z wesela w mocno czerwonych ustach). Pigmentacja, tak jak w przypadku poprzedniej czerwieni nie budzi żadnych zastrzeżeń. Usta nie cierpią podczas noszenia, wysusza je naprawdę w minimalnym stopniu - nie oszukujmy się, każda matowa pomadka (tym bardziej płynna, zastygająca) wysuszy nasze usta mniej lub bardziej. Bez owijania w bawełnę - jest to najlepsze 20 zł (niecałe), jakie wydałam na szminkę i jeśli jeszcze jej nie macie, nie ma nad czym się zastanawiać:)


Pomadki mają jedną wadę: okropnie się zmywają:)






Cena: 19,90/5,5 ml







A Wy, macie swojego faworyta?:)

poniedziałek, 12 września 2016

Yves Rocher, maska odbudowująca do włosów - recenzja




Opis producenta:

"Masło Karite, zawarte w formule, wspomaga proces odbudowywania włosów, dzięki czemu Twoje włosy będą odbudowane. Drugi składnik aktywy, olejek jojoba wspomaga odżywianie, dając efekt intensywnie odżywionych włosów. 

Działanie: włosy intensywnie odżywione i odbudowane. Masło Karite dodatkowo wspomaga proces odbudowywania.

Stosowanie: po umyciu włosów rozprowadzić na całej ich długości. Pozostawić na 5 minut, po czym obficie spłukać.  






Skład: 
  • Aqua - woda;
  • Cetyl alcohol - emolient, "dobry alkohol", zatrzymuje wodę we włosach;
  • Stearyl alcohol - emolient, z tej samej grupy co cetyl alcohol;
  • Ethylhexyl Palmitate - emolient, zmiękcza włosy oraz zapobiega wyparowywaniu z nich wody (w przypadku kosmetyków do twarzy, może być cichym zabójcą zapychaczem);
  • Behenyl alcohol - wygładza i nawilża włosy;
  • Behentrimonium chloride - detergent syntetyczny, może podrażnić skórę głowy a także spowodować wypadanie włosów. Najczęściej spotykany w kosmetykach do włosów, jego głównym zadaniem jest solidne oczyszczenie skóry i włosów;
  • Simmondsia chinensis seed oil (jojoba) - regeneruje, mocno nawilża, leczy łupież, ułatwia rozczesywanie, dodaje włosom blasku;
  • Guar hydroxypropyltrimonium chloride - działa odżywczo, wygładza i wzmacnia włosy;
  • Phospholipids fosfolipid, mocno nawilża i natłuszcza włosy. Zapobiega przetłuszczanie się włosów i skóry głowy;
  • Citric acid - czyli kwas cytrynowy, wspomaga działanie składników aktywnych w danym kosmetyku;
  • Glycine soja oil (soybean) - olej sojowy. Bardzo dobrze nawilża, idealny dla włosów wysokoporowatych (solo);
  • Tocopheryl acetate -  antyoksydant;
  • Glycolipids - glikolipidy, przyśpieszają proces regeneracji;
  • Glycine soja sterols (soybean) - fitosterole otrzymywane z soi, działa jako emolient,  chroni kolor włosów, działa jako filtr UV;
  • Tocopherol. - witamina E




Moja opinia:

Maska zamknięta w wygodnym plastikowym, płaskim słoiczku - bez problemu można wydobyć ją z samego dna i zużyć w 100%. Odkręcając, szybko wydostaje się intensywny, przyjemny zapach, który jest zasługą składników aktywnych -pewnie oleju z jojoba (oświećcie mnie, gdzie w składzie znajduje się masło Karite?). Konsystencja jest dosyć gęsta. Pomimo niewielkiej pojemności 150 ml i zbitej formuły, maska służyła mi przez dłuższy czas
Przechodząc do działania - mam mieszane uczucia. Obecna kondycja moich kosmyków jest fatalna,  mimo wszystko od kosmetyków z owej półki oczekuje się widocznych rezultatów. Maska ta miała za zadanie poprawić stan włosów długoterminowo,  w praktyce wyszło inaczej. Jednego dnia włosy były naprawdę wygładzone, miękkie, bezproblemowo się rozczesywały. Innym razem wygląd włosów sugerował, że poza szamponem nie dopieściłam ich żadnym innym wspomagaczem. Mimo wszystko z przyjemnością po nią sięgałam - zapach miała naprawdę obłędny i utrzymywał się na głowie! Czy  kupię ją ponownie? Na pewno nie - jest wiele lepszych i tańszych masek, które poradzą sobie nawet z moimi włosami:)

Cena: 29,90/ 150 ml

Lubicie kosmetyki do włosów od Yves Rocher? Znacie dzisiejszego, nieszczęsnego bohatera?


środa, 7 września 2016

BioOleo 100% olej Avocado do pielęgnacji twarzy - recenzja


Hej!

W lipcowym pudełeczku Pretty wszystkie boxiary znalazły jeden z cenniejszych pod względem kosmetycznym olei - avocado. W mojej pielęgnacji nie był to pierwszy raz z tym wypełnionym po brzegi witaminami "produktem". Dotychczas używałam go jedynie w celu odbudowania i wygładzenia włosów. Zeszłej zimy, razem z olejem ze słodkim migdałów narobił niemałe zamieszanie na mojej głowie (oczywiście w pozytywnym tego słowna znaczeniu). Wystarczyło 2 buteleczki (avocado + olej ze słodkich migdałów), aby przywrócić włosom blask. Wracając do naszego dzisiejszego bohatera, propozycji  od marki BioOleo - jego zastosowanie zalecone jest do pielęgnacji twarzy. Stuprocentowy olej avocado, nawet z wyraźnym napisem "do twarzy" można używać na wszelakie sposoby. Kilka kropli dodanych do ulubionego kremu, balsamu czy odżywki do włosów to dodatkowa porcja substancji aktywnych. Poza masażem twarzy czy olejowaniem włosów olej avocado może też się sprawdzić jako nawilżacz dłoni. Jego właściwości najlepiej opisał sam producent, a jak sprawdził się u mnie?


 Opis producenta:

"100 % olej avocado, zimnotłoczony. Olej avocado to jeden z najcenniejszych olejów. Zawiera prawdziwe bogactwo składników odżywczych (dlatego nazywany jest olejem 7 witamin). Intensywnie nawilża i odżywia. Jest idealnym kosmetykiem dla cery dojrzałej, przemęczonej nieregularnym trybem życia, stresem.
Olej avocado nie uczula  i nie podrażnia nawet bardzo wrażliwej skóry. Należy do olei ciężkich, dlatego będzie idealny do pielęgnacji suchych dłoni, ciała i suchej skóry twarzy, nie jest polecany dla osób z cerą tłustą, z tendencją do powstawania zaskórników. Ze względu na wysoką zawartość witamin A i E oraz właściwości ochronnych przeciw promieniowaniu słonecznemu (naturalny filtr UV), znakomicie sprawdzi się w roli olejku do opalania - nawilża i jednocześnie chroni przed fotostarzeniem"





" Składniki aktywne:
  • witaminy A, B, D, E, H, K, PP;
  • fitosterole;
  • skwalen;
  • szereg drogocennych kwasów: oleinowy, linolowy, palmitynowy, stearynowy, linolenowy;
Skład: Persea Gratissima Oil, 100% natural"



Moja opinia:

Przede wszystkim muszę wspomnieć, że olej nie jest przeznaczony dla mojej cery - mieszanej. Mimo wszystko, początki w jego stosowaniu nie spowodowały nieprzyjemności i kontynuowałam masaże twarzy. BioOleo oferuje nam olej avocado w szklanych buteleczkach z wygodną pipetką o dwóch pojemnościach do wyboru - 30 i 50 ml. Na jedną aplikację zużywałam około 1,5 pipetki. Biorąc pod uwagę częstotliwość stosowania (3-4 razy w tygodniu) - 30 ml buteleczka nie należy do wydajnych, powoli dobijam dna. 
Olejek rozprowadzam po twarzy, delikatnie masuję i czekam aż się wchłonie (czasem nakładam dodatkowo krem). Jego zapach jest specyficzny, ciężki. O ile nałożony na włosy nie sprawia problemu, wrażliwe nosy mogą czuć się niekomfortowo w przypadku pielęgnacji twarzy. 
Co do działania - liczyłam na odżywienie i nawilżenie. Rano moja skóra była miękka i zadowolona, ale tylko w przypadku, kiedy wspomagałam ją innymi nawilżaczami. Ostatnio wyjątkowo miewa "suche" dni i sięganie po olej zupełnie w tym nie pomaga. Dla cery mieszanej okazał się podtrzymywaczem nawilżenia, ale nie nawilżaczem:) Na szczęście nie powoduje uczuleń i o dziwo skóra nie zareagowała wysypem. Do pielęgnacji twarzy olej avocado sobie odpuszczę, ale moje włosy na pewno wrócą do oleju tych 7 witamin:)

Cena: 30 ml/49 zł; 50 ml/63 zł
       
Olejek 30 ml dostępny tutaj.

Jestem ciekawa boxiary, jak sprawdził się na innych cerach?:)