niedziela, 28 lutego 2016

Planeta Organica, Ajurwedyjska Złota Maska "Gestość i wzrost włosów" - Recenzja





Opis producenta:

Złota Maska do włosów stworzona została w oparciu o indyjskie zioła, które były wykorzystywane w starożytnej ajurwedyjskiej nauce aby przywrócić zdrowie i piękno włosa.
Wchodzący w skład maski organiczny olej drzewa Neem jest bogaty w witaminę E i niezbędne aminokwasy, które działają silnie nawilżająco, odżywczo i regenerująco. Czerwony Sandałowiec wzmacnia i stymuluje wzrost włosów. Cantella Asiayica posiada najwyższe działanie antyoksydacyjne, poprawia krążenie krwi oraz wzmacnia cebulki włosowe, Jagody Acai zawierają wszystkie znane znane witaminy i minerały w ilościach których nie posiada żaden inny naturalny produkt. Jagody Acai nasycają skórę głowy witaminami, regenerują strukturę włosa, zapobiegają ich łamaniu i rozdwajaniu końcówek.


Skład: 
Aqua with infusions of Organic Melia Azadirachta Seed Oil ( оrganiczny olej neem ), Hydrocotyle Asiatica Extract ( ekstrakt z wąkrotki azjatyckiej), Euterpe Oleracea Fruit Extract ( ekstrakt z Jagód Acai), Organic Santalum Album sandalwood Oil ( organiczny olej z drzewa sandałowego ), Cedrus Atlantica Bark Oil (olej cedrowy), Juniperus Communis Fruit Extract ( ekstrakt z jałowca ), Bambusa Vulgaris Leaf/Stem Extract ( ekstrakt z bambusa ); Cetearyl Alcohol, Amodimethicone, Cetrimonium Chloride, Behentrimonium Chloride, Cetyl Ether, Mica, Titanium Dioxide, Silica, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Parfum, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Citric Acid.

Organiczny olej neem -  ma działanie antybakteryjne, uodparnia skórę przed drobnoustrojami, łagodzi wszelkie podrażnienia, likwiduje łupież. Reguluje aktywność gruczołów łojowych, wzmacnia włosy i nawilża.

Ekstrakt z wąkrotki azjatyckiej - ma działanie przeciwzapalne, chroni przed szkodliwym promieniowaniem UV a także naprawia dotychczasowe zniszczenia.

Ekstrakt z jagód Acai - zawiera bombę witaminową dla włosów, kwasy tłuszczowe oraz polifenole. Poprawia krążenie w skórze. Działa jako naturalny filtr UV.

Organiczny olej z drzewa sandałowego - działanie antybakteryjne oraz przeciwzapalne. Pomaga w zahamowaniu wypadania włosów, eliminuje łupież, pobudza wzrost włosów. Nadaje włosom połysk.

Ekstrakt z jałowca - pobudza wzrost włosów, nawilża i koi skórę głowy.

Organiczny ekstrakt z bambusa - przywraca równowagę kwasowo - zasadową.Wzmacnia oraz chroni włosy, pobudza ich wzrost.




Moja opinia:

Po doskonałym działaniu na moje średnioporowate włosy różowej maski tajskiej od razu zamówiłam jej złotą siostrę. Najwięcej pozytywnych recenzji zbierała właśnie ajurwedyjska wersja, więc liczyłam na pozytywne efekty.

Jak widać, maska ma obiecujący skład, powinna zdziałać cuda. Jak się sprawdziła u mnie?

Po otworzeniu wygodnego słoiczka, najpierw czuć smród - dawno żaden kosmetyk aż tak nie drażnił mojego nosa (w porównaniu do balsamu z organic shop ten jest jeszcze gorszy). Wyjątkowo ciężki i nieprzyjemny "zapach" - na szczęście po zmyciu maski smród nie utrzymuje się na włosach.
Kolor jest dość specyficzny i widać odbijające światło złote drobinki. Tak jak w przypadku wersji tajskiej - maska jest gęsta a jednocześnie wydajna.

Na początku nakładałam ją po umyciu na włosy, zostawiałam na ok 5-10 min i spłukiwałam. Rezultaty nie były oszałamiające, raczej nie było żadnych. Moje włosy były matowe, bez blasku, wyjątkowo ciężkie do rozczesania w ciągu dnia (czeszę zawsze suche włosy).

Skoro na długości nie dociążała i nie dawała blasku kosmykom, zaczęłam smarować nią skalp na 30 minut przed każdym myciem włosów. Po miesiącu zauważyłam wysyp baby hair a wcześniej odrośnięte (po wypadaniu) krótkie włoski zaczęły w szybkim tempie nabierać grubości i rosnąć.
Nie używałam w tym okresie żadnych wcierek oraz kosmetyków na porost.
Chwilę później zaczęłam brać suplementy - cynk, skrzyp i praktycznie całkowicie pozbyłam się problemu wypadania włosów i w końcu odrastają co bardzo mnie cieszy.

Czy kupię ponownie?

Raczej nie, podobne a nawet lepsze rezultaty można osiągnąć dzięki wcierkom co jest znacznie wygodniejsze. Dodatkowo zapach wyjątkowo mnie odrzucił.

Cena: waha się między 20-30 zł w sklepach internetowych








Znacie maski Planeta Organica? Które się u was sprawdziły?

środa, 24 lutego 2016

Paleta Sleek A new day swatche + makijaż dzienny



Jeśli sledzicie nowości Sleek'a to wiecie, że w zeszłym tygodniu weszły do sprzedaży dwie nowe paletki o naturalnych kolorach. Obie paletki wyglądały zachęcająco a moje zbiory są przepełnione kolorowymi cieniami.
Wybór padł na "A new day"  ze względu na większą ilość matowych cieni - 5. Druga wersja, czyli "All night long" posiada tylko dwa maty - brązowy i beżowy.

Ostatnio coraz częściej czytam o negatywnych opiniach paletek Sleek, u mnie dotychczas znalazło się 2 sztuki i byłam bardzo zadowolona z ich pigmentacji. Ich wadą faktycznie jest osypywanie się - jeden cień mniej, drugi bardziej.

Dzisiaj opiszę wam jedynie moje pierwsze wrażenie, zdążyłam je jedynie wymacać, zrobić swatche i makijaż. W poście możecie zobaczyć zdjęcia, które bardzo dobrze odwzorowują kolory z rzeczywistości:)

Tak jak już wspominałam, w palecie znajduje się 5 matowych cieni, to wystarczalna ilość by zrobić pełny matowy makijaż. Robiąc swatche byłam trochę zawiedziona - maty są słabo napigmentowane,  podczas blendowania praktycznie zanikają. Średni brąz jest wyjątkowo kredowy - nie wiem czy trafiłam na tak fatalną wersję, czy wkłady w każdej palecie są tak kiepskiej jakości. 
Jednak miłym zaskoczeniem był typowo neutralny odcień ( w dolnym rzędzie, 4 od lewej) - jest bardzo dobrze napigmentowany i pięknie się prezentuje. 
Cienie metaliczne/perłowe nie powaliły na kolana intensywnością. Najmocniej wybijający się cień o mocnej intensywności jest złoto (górny rząd, 5 od lewej). 
Świetnym, delikatnym dodatkiem w makijażu dziennym będzie łososiowo/różowy cień (górny rząd, 2 od lewej). Jest jasny i subtelny, pewnie będę go teraz męczyć:)

Podsumowując, paleta nie zrobiła na mnie oszałamiającego wrażenia. Ma jedynie 2 cienie, które będę używać. Większość z nich ma słabą pigmentację. 
Dlatego nie jestem zwolenniczką neutralnych palet - kilka matowych brązów np. z palety Zoeva Smoky zupełnie mi wystarczało a teraz już wiem - ta paleta była mi zbędna:)

Cena 39,90 zł












 SWATCHE

Górny rząd/dolny rząd 

 






Jak wam się podoba paletka? Co sądzicie o cieniach Sleek'a?

poniedziałek, 22 lutego 2016

Nowości luty 2016







Miesiąc jeszcze trwa, ale moje kosmetyczne zakupy zostały już podkreślone grubą kreską. Podobnie jak w styczniu ograniczyłam się do produktów podstawowych i najważniejszych. Kolorówki jest niewiele, walczę w ostatnim czasie o zdrowsze włosy :)



Pierwsza przesyłka dotarła do mnie na początku lutego, więc pierwszy raz mają już za sobą i zdążyłam się z nimi poznać a nawet polubić :)
Po wielkim zauroczeniu maską bananową zamówiłam kolejnego Kallosa, tym razem  kawiorowego. Na moich średnioporowatych włosach daje podobny efekt wygładzenia jak wersja bananowa.
Okres zimowy był niezbyt hojny dla mojej cery, od miesięcy skóra jest przesuszona a ja postanowiłam testować naturalne kremy, które niestety nijak się sprawdziły. W ostateczności miałam kupić swojego pewniaka - balsam do twarzy i ciała Cetaphil, ale do koszyka wpadł kwas hialuronowy 1 %. Używam go od 2,5 tyg i póki co jestem zadowolona.
Tangle teezer to oczywiście must have do długich włosów. Mój poprzednik przeszedł już tak wiele, że przyszedł czas na "nowszy model", wybrałam nową bordową wersję i zakochałam się w nim od nowa:)
Podkład Revlon Photoready kupiłam z nadzieją, że będzie to lżejsza wersja Colorstay. Są one całkiem różne i nie zrobił na mnie dobrego, pierwszego wrażenia.
Widoczne na zdjęciu róże Freedom trafiły do mojej teściowej. Są one identyczne jak palety róży MUR:)
Top coat MUR dostałam gratis, jeszcze go nie używałam.



Kosmetyki rosyjskie w dalszym ciągu testuję, większość produktów przypada mi do gustu i moje zachwyty pewnie szybko się nie skończą:)
Maseczki babci Agafii wybierał mój ukochany, kupił wersję fitoaktywną witaminową oraz daurska. Obie pięknie pachną i bardziej przypadły mi do gustu niż poprzedniczki (niebieska oczyszczająca, ekspresowa odświeżająca).
Zdradziłam biedronkowy płyn micelarny i kupiłam ten z Bourjois - ma tyle samo przeciwników jak i zwolenników. U mnie sprawdza się dobrze, szczególnie przy zmywaniu wodoodpornych mascar.




Moje oleje dobijają dna, więc zamówiłam polecany przez was olej z czarnuszki od Vatika. Wszędzie widzę produkty do włosów Vatika, przyznam szczerze, że nie znam tej firmy i mam nadzieję, że z oleju będę zadowolona.
Agusiak747 polecała ostatnio olej z orzechów włoskich znaleziony w Biedronce. Dzisiaj trafiłam na stoisko z żywnością azjatycką i faktycznie - oleje za całe 6,99 stoją i czekają na moje włosy:)
Nowość od Perfecta - energizujący żel - scrub do mycia twarzy, szyi i dekoltu z kwasem hialuronowym. Właśnie dobiłam denka obecnego peelingu i sama nie wierzę, że kupiłam nowy dopiero teraz:) Scrub ma bardzo orzeźwiający zapach. Na półce widziałam jeszcze nowy tonik w żółtym kolorze i oba produkty naprawdę przyciągały wzrok:)
Bania Agafii żeń- szeniowy scrub do twarzy - kupiłam go po przeczytaniu wielu pozytywnych opinii, mam nadzieję, że solidnie ściągnie martwy naskórek. Ostatnio stosowałam jedynie enzymatyczny peeling od Skin79 i brakowało mi zdzieraka.
Na koniec moja dzisiejsza wisienka na torcie - nie mogę tego ukryć, uwielbiam kolorówkę. Ostatnio Sleek wypuścił dwie nowe paletki w neutralnych kolorach idealnych do dziennego makijażu. W moich zbiorach brakowało takiej kolorystyki w jednej palecie i skusiłam się na wersję A New Day. Jeśli jesteście ciekawe, to zrobię jeszcze w tym tygodniu swatche :)



sobota, 20 lutego 2016

L'Oreal, Volume Million Lashes So Couture - Recenzja + makijaż



Posiadaczki krótkich, prostych i kłopotliwych rzęs pewnie już dawno straciły nadzieję, że ich oczy mogą wyglądać spektakularnie i to bez przyklejania sztucznych kępków.
Przez moje ręce i rzęsy przeszło tyle mascar, że żadna reklama i opinia nie wzbudzała we mnie większych emocji w tej kwestii. Jedyne na czym mi zależało,  to żeby rzęsy były widoczne (w miarę swoich możliwości),  a po godzinach tusz wciąż pozostawał na swoim miejscu.
Chcąc wypróbować czegoś nowego, moja ciekawość włożyła So Couture do koszyka.




Opis producenta:


Tusz zapewniający spektakularną objętość i perfekcyjne rozdzielenie rzęs.

L´Oréal Paris opracował specjalna formułę, która pozwala pokryć rzęsy intensywnie czarną zasłoną.

Wysokiej jakości materiał:
- formuła „płynnego jedwabiu” – delikatnie pokrywa każdą rzęsę, by nadać objętość i intensywność barwy, podkreślając oczy jedwabista czernią,
- precyzyjne rozdzielenie dzięki specjalnej, miękkiej szczoteczce Couture.

Nadaje rzęsom objętość bez grudek. Zniewalający zapach sprawia, że aplikacja tuszu staję się chwilą prawdziwej przyjemności.

Dodatkowe informacje:

  • spektakularny, wyrafinowany, wytworny tusz do rzęs
  • objętość rzęs staję się elegancka
  • ultraprecyzyjna i miękka szczoteczka couture
  • ultrabogata formuła z płynnym jedwabiem i czarnymi pigmentami
  • zniewalający zapach



Moja opinia:

Tak jak pozostałe tusze L'Oreal, So Couture ma elegancką szatę graficzną. Silikonowa szczoteczka z niezbyt długimi "włoskami" dociera do każdej rzęsy. Na końcu szczoteczki "włoski" praktycznie zanikają.

Silikonowe szczotki darzę taką samą sympatią jak klasyczne, jednak w tym przypadku rodzi się pytanie "Co ona do cholery robi, że rzęsy stają się piękne?!" Po pierwszym użyciu byłam w szoku. Dobrze wiecie, że moje rzęsy wołają o pomstę do nieba a w sztucznych czuję się niekomfortowo.

Po każdym pociągnięciu szczoteczką, nagle ukazuje się nam wachlarz czarnych rzęs, które nie wiadomo skąd się wzięły. Są idealnie wydłużone i pogrubione - chociaż przy zbyt powolnym tuszowaniu można doprowadzić do ich sklejania. Nie ma mowy o osypywaniu się, przez cały dzień rzęsy robią wrażenie.
Teraz całkowicie rozumiem fenomen tego fioletowego cuda i całą sobą się pod nim podpisuję:)

Pojemność 9,5 ml
Cena - w sklepach internetowych można kupić za ok 30 zł











Macie swojego ulubieńca wśród tuszy L'Oreal?:)

środa, 17 lutego 2016

Organic Shop, organiczny krem do ciała JAPOŃSKA KAMELIA - recenzja



Opis producenta:


"Łagodny krem do ciała na bazie organicznego ekstraktu kamelii i 5 olejów z pestek winogronowych, bergamotki, paczuli, melisy i moreli. Krem wyśmienicie nawilża i zmiękcza skórę, sprawiając, że staje się gładka i aksamitna.

Skład: Aqua, Isopropylpalmitate, Glyceryl Stearate SE, Cetearyl Alcohol, Glycerin, Vitis Vinifera Seed Oil, Citrus Aurantium Bergamia Fruit Oil, Pogostemon Cablin Oil, Organic Camelia Japonica Seed Extract, Melissa Officinalis Leaf Oil, Prums Armeniaca Kernel Oil, Sodium Stearoyl Gllutamate, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Iron Oxides, Parfum"



Moja opinia:

Na wstępie zaznaczę, że okresie zimowym moja skóra jest mocno sucha, bez dobrych nawilżaczy normalnie nie funkcjonuje.
Krem używam od połowy listopada, dobijam powoli dna. Pomimo bardzo gęstej formuły jest wydajny i wcale go sobie nie żałuję. Powoli się wchłania, ale nie mogę zarzucić mu złego działania. Skóra jest mocno nawilżona, przyjemna w dotyku i na dłuższą metę skóra jest znacznie bardziej odżywiona.
Wersję "japońska kamelia" zamówiłam z nadzieją, że krem będzie mnie dodatkowo otulał pięknym zapachem. Niestety, zapach jest męczący, ciężki - jak na mój wytrzymały nos naprawdę mocno drażniący. Co gorsza, utrzymuje się on na skórze bardzo długo. 

Za 250 ml zapłacimy ok 12-15 zł, w każdym sklepie internetowym cena jest inna. Pomimo dobrego działania nie kupię kremu ponownie - mój nos wystarczająco dużo przeszedł przez ostatnie 3 miesiące :)




Znacie markę Organic Shop? Pomimo obolałego nosa jestem ciekawa co jeszcze mają w asortymencie:)

wtorek, 16 lutego 2016

Sylveco, krem brzozowo - nagietkowy z betuliną oraz lekki krem nagietkowy - recenzja

Witam was!

Produktami Sylveco zachwyca się praktycznie każda kobieta, która zaczęła przygodę z tą marką. W końcu kosmetyki są naturalne, czyli powinny w nieinwazyjny sposób sprawić, że będziemy piękne! W moich zbiorach nie ma zbyt wiele kosmetyków Sylveco - od jesienni bezustannie używam pomadki odżywczej a 3 miesiące temu kupiłam pudełeczko z trio: krem brzozowo - nagietkowy z betuliną, jego dzienną wersję - czyli lekki krem nagietkowy oraz żel do mycia twarzy w wersji rumiankowej. Nie ukrywam, o kremach oczytałam się tak wiele, że kiedy zaczynałam je używać, prawie uwierzyłam, że zaczarują moją skórę. Oba produkty stosuję od ponad 2 miesięcy, więc mogę śmiało podsumować ich działanie:)










Krem brzozowo - nagietkowy z betuliną 

Opis producenta:


"Skórze wrażliwej, podrażnionej, z występującymi stanami zapalnymi służą okłady z nagietka lekarskiego. W codziennej pielęgnacji sięgnijmy po przywracający równowagę krem z ekstraktem z tej cennej rośliny leczniczej, której działanie przeciwbakteryjne i oczyszczające wzmacniają skuteczność kosmetyku.

Hypoalergiczny krem brzozowo-nagietkowy z betuliną powstał w oparciu
o składniki naturalne, które nie podrażniają nawet najbardziej wrażliwej skóry. Głównymi substancjami aktywnymi są betulina i kwas betulinowy, uzyskiwane
z kory brzozy, które łagodzą stany zapalne i regenerują tkankę skórną w przypadku uszkodzeń. Działanie przeciwzapalne i kojące kremu jest wzmocnione dodatkiem ekstraktu z nagietka, który również odżywia i oczyszcza, przywracając skórze równowagę.


  • znacznie przyspiesza procesy ziarninowania, bliznowacenia i gojenia ran
  • zmniejsza stany zapalne skóry działa ściągająco i oczyszcza pory,
  • chroni przed podrażnieniami wygładza i odżywia skórę,
  • wyrównuje koloryt cery
  • stymuluje naturalne procesy odnowy naskórka, wspomaga mechanizmy obronne skóry
  • likwiduje uczucie ściągnięcia i swędzenia
  • wzmacnia odporność skóry na działanie szkodliwych czynników zewnętrznych


Termin przydatności kosmetyku po otwarciu: 3 miesiące.

Skład:  woda, olej sojowy, olej jojoba, wosk pszczeli, olej z pestek winogron, betulina, stearynian sodu, kwas cytrynowy, ekstrakt z nagietka lekarskiego"




 Moja opinia:

Krem dostajemy w okrągłym słoiczku, produkt dodatkowo jest chroniony plastikową nakrywką. Krem jest dosyć tłusty i bardzo gęsty, dlatego posiadaczki długich paznokci mogą mieć problem z wydobyciem go. Jego termin ważności kończy się 3 miesiąca od dnia otwarcia - jest to idealnie wyliczony czas na jaki krem wystarcza przy codziennym stosowaniu. Chociaż zazwyczaj zapachy w kosmetykach niezbyt mi przeszkadzają, ten niesamowicie mnie drażni.

Produkt miał być prawie idealny dla mojej cery - mieszana, skłonna do przesuszenia. W ostatnim czasie wrażliwa i z problemami skórnymi. 

Krem nałożony na twarz nie wchłania się zbyt szybko, pozostawia tłusty film. Lubię wieczorem czuć, że mam coś konkretnego na twarzy i z pewnością właśnie odżywia moją skórę. Krem jednak nie z początku nie zrobił znacznych cudów. Właściwie nie robił nic. Świeże blizny goiły się wolno, w żadnym stopniu nie oczyścił również skóry. Nie radził sobie z podrażnieniami, co w przypadku Cetaphilu było efektem natychmiastowym. Po około miesiącu stosowania cera była rano świeża, odżywiona, miękka jednak o mocniejszym nawilżeniu nie ma mowy. 
Pomimo dobrego, naturalnego składu krem nie zrobił na mnie większego wrażenia, niebawem kończę słoiczek i powracam do mojego ukochanego Cetaphila. "

Pojemność: 50 ml
Cena: ok 32 zł.



Lekki krem nagietkowy


Opis producenta:

"Nagietek lekarski to źródło substancji aktywnych o właściwościach przeciwbakteryjnych, przeciwzapalnych, gojących i oczyszczających. Zastosowanie tego cennego surowca gwarantuje w lekkim kremie nagietkowym skuteczną pielęgnację i regenerację w przypadku skóry skłonnej do infekcji, podrażnionej, zanieczyszczonej, z objawami trądziku.

Hypoalergiczny lekki krem nagietkowy jest przeznaczony do codziennej pielęgnacji każdego rodzaju cery i zapewnia ochronę skóry podrażnionej. Zawiera ekstrakty z kory brzozy i nagietka lekarskiego o działaniu regenerującym, oczyszczającym i przyspieszającym odnowę naskórka. Naturalne oleje roślinne i masło karite odbudowują warstwę wodno-lipidową i w połączeniu z alantoiną zapewniają skórze szybkie ukojenie. Ekstrakt z aloesu przywraca właściwy poziom nawilżenia, natomiast dodatek witaminy E zabezpiecza skórę przed negatywnym wpływem środowiska. Ekstrakt z mydlnicy lekarskiej, zawierający saponiny, ułatwia wnikanie składników aktywnych głębiej do skóry. Krem może być stosowany pod makijaż oraz na okolice przemęczonych oczu.
WSKAZANIA: do pielęgnacji skóry łuszczącej się, skłonnej do infekcji, zaczerwienionej, podrażnionej, zanieczyszczonej, szorstkiej; w przypadku trądziku pospolitego, trądziku różowatego, po przebytych oparzeniach i odmrożeniach.

  • chroni skórę podrażnioną
  • wygładza i zmiękcza
  • przyspiesza regenerację
 
Codziennie rano nakładać na oczyszczoną skórę twarzy i szyi. Wieczorem zaleca się uzupełniające stosowanie kremu brzozowo-nagietkowego z betuliną.
Termin przydatności kosmetyku po otwarciu: 6 miesięcy.

Skład:  olej z pestek winogron, olej sojowy, sorbitan, stearate & sucrose cocoate, masło shea, stearynian glicerolu, olej arganowy, olej jojoba, kwas stearynowy, alkohol cetylostearylowy, alkohol benzylowy, betulina, witamina E, ekstrakt z aloesu, alantoina, guma ksantanowa, kwas dehydrooctowy, ekstrakt z nagietka lekarskiego, ekstrakt z mydlnicy lekarskiej, lupeol, kwas oleanolowy, kwas betulinowy"



Moja opinia:


Tym razem lekka wersja ma znacznie wygodniejsze opakowanie - z pompką. Jego konsystencja jest typowa dla kremu dziennego pod makijaż - lekka. Zapach znacznie łagodniejszy niż w przypadku poprzednika. Dziwi mnie, że seria nazywa się - nagietkowa, chociaż ten nagietek jest na szarym końcu:)

Przechodząc do działania. Moja skóra naprawdę potrzebuje mocnego nawilżenia, dlatego zwykle unikałam lekkich kremów i o każdej porze dnia stosowałam Cetaphil, który dla mnie jest numerem 1. 
Zwykle testując nowy, lżejszy krem efekt był taki sam - suche skórki, widoczne pory a podkład zwijał się z twarzy. Niestety, początki z kremem nagietkowym były identyczne. Dałam mu jednak szansę i używam go codziennie, jakie są rezultaty? Zupełnie nie nawilża mojej skóry, chociaż faktycznie jest lekki i szybko się wchłania. Na początku skóra natychmiast była sucha i ściągnięta po wchłonięciu - efekt był taki, jakbym nie nałożyła na twarz nic. Pod makijażem był beznadziejny, jednak nie maluję się codziennie i moja skóra miała czas na polubienie się z nim. Obecnie używam go, kiedy nigdzie nie wychodzę i jedynie daje efekt zmatowienia. 

Pomimo, że wersja nagietkowa nie przypadła mi do gustu, mam całą szafkę próbek pozostałych kremów Sylveco. Pod makijaż nakładam obecnie lekką wersję brzozową i jest o niebo lepsza. Nie mówiąc już o kremie pod oczy, który jest fenomenalny i jak tylko wykorzystam próbki kupię wersję pełnowymiarową!

Pojemność: 50 ml
Cena: ok 29 zł.


 



A jaka jest wasza przygoda z kosmetykami Sylveco?:)

czwartek, 11 lutego 2016

Rozdanie 11.02.2016 - 11.03.2016 Paletka czeka na jedną z was!



Tym razem wygraną jest coś z kolorówki - piękna paletka MUR STRIPPED & BARE

Rozdanie zaczyna się dzisiaj 11.02.2016 i kończy się 11.03.2013 o godzinie 23:59.
Wyniki podam do 5 dni po rozdaniu.

Paletka jest oczywiście nowa, sponsorem jestem ja a reguły jak zwykle są banalnie proste:

Obowiązkowo: (1 punkt)
  • Być publicznym obserwatorem bloga
  • umieścić powyższy baner na swoim blogi z linkiem przekierowującym  
Dodatkowo, jeśli chcecie zwiększyć szanse, możecie:
  • obserwować mnie na instagramie: karolinahorsi (1 punkt)
  •  Polubić na FB: Karolina Horsi (1 punkt)


Wzór:

Obserwuję bloga jako:
Umieściłam baner (link):
Obserwuję na instagramie TAK/NIE
Lubię na facebooku TAK/NIE
email:



 
Regulamin:
1. Organizatorem rozdania jestem ja.
2. Paczkę wysyłam tylko na terytorium Polski.
3. Rozdanie trwa od 11.02.2016r. do  11.03.2016r. do godziny 23:59.

 4. Wyniki ogłoszę w ciągu 5 dni od zakończenia konkursu.
7. Zgłoszenie oznacza zaakceptowanie regulaminu.
8. Konkurs nie podlega przepisom Ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych /Dz. U. z004 roku Nr 4, poz. 27 z późn. zm.


środa, 10 lutego 2016

Apteka Agafii, Dermatologiczny szampon do włosów tłustych - Recenzja




Co mówi producent:


"Aktywne składniki wchodzące w skład szamponu obniżają nadmierną aktywność gruczołów łojowych.
Liście Gorczycy poprawiają metabolizm, normalizują gospodarkę hydro- lipidową skóry głowy, a także są naturalnym środkiem antyseptycznym.
Propolis posiada wysokie działanie ochronne, przedłuża cykl życiowy włosów.
Ceramidy przywracają i wzmacniają włosy, Mydlany Korzeń to naturalna baza myjąca. Dermatologiczny szampon to idealny profilaktyczny środek dla włosów skłonnych do przetłuszczania się.

Sposób użycia: nanieść szampon na wilgotne włosy i skórę głowy i okrężnymi ruchami masującymi wzbudzić pianę, Zostawić na włosach na 1-2 minuty a następnie zmyć wodą. Zaleca się stosować szampon 2-3 razy w tygodniu. Przy regularnym stosowaniu po 2-4 tygodniach szampon przynosi spodziewane efekty.
Skład: Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, Cocamide DEA, Sodium Chloride, Sodium Styren/Acrylates Copolymer, Polyquaternium-10, Parfum, Saponaria Officinalis, Brassica Alba Extract, Ceramide, Citric Acid, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone."
 
 
 
Moja opinia:
 
Szampon powoli sięga dna a moja kuracja dobiega końca, także czas podsumować jego działanie. 
 
Nasza buteleczka zawiera 300 ml produktu i chociaż nie wygląda na wydajny, przy odpowiednim stosowaniu wystarczy na około 2 miesiące. Ma dosyć gęstą konsystencję, bardzo dobrze się pieni i niewielka ilość wystarczy na umycie włosów. Skupiając się na wmasowaniu w skórę, bez problemu utworzona już piana przechodzi na długie włosy. Zapach można zaliczyć do tych męskich, mi on zupełnie nie przeszkadzał, niektóre nosy może drażnić.
 
Według zaleceń używałam go 3 razy w tygodniu, masowałam skórę głowy około minuty, czekałam kolejne dwie minuty i zmywałam. 
 
Na początku nie widziałam żadnych efektów, nawet po umyciu włosy przetłuszczały się po takim samym czasie jak po niedermatologicznych szamponach. W moim przypadku - przy porannym umyciu, wieczorem są już nieświeże. Po zużyciu ok. połowy buteleczki zauważyłam, że moja skóra głowy jest w lepszym stanie ( w ostatnim czasie była podrażniona przez szampony). Umyte rano włosy są świeże cały dzień, niestety kuracja nie przynosi większych efektów - po umyciu innym szamponem, włosy przetłuszczają się tak szybko jak zwykle. 
 
Mam mieszane uczucia do tego produktu, z jednej strony poprawił stan skóry głowy a z drugiej - nie przynosi oczekiwanych rezultatów pod względem uregulowania się pracy gruczołów:) 
 
Szampon dostępny jest w stacjonarnie w sklepach zielarskich a także w sklepach internetowych z rosyjskimi kosmetykami. 
 
Cena: ok 20 - 25 zł.  

poniedziałek, 8 lutego 2016

Marion skarpetki złuszczające - Recenzja




 Opis producenta:

Złuszczający zabieg do stóp w postaci skarpetek z aktywnym płynem Marion SPA skutecznie i bezpiecznie usuwa martwy, zrogowaciały naskórek. Wystarczy jeden zabieg, żeby zregenerować i wygładzić skórę stóp.
Po 7 - 10 dniach od wykonania kuracji, stopy są idealnie gładkie, delikatne i odżywione.
Maska posiada inteligentną formułę, która skutecznie złuszcza naskórek i regeneruje stopy. Zawiera kompleks kwasów (mlekowy, glikolowy, salicylowy), które pomagają usunąć martwy, zrogowaciały naskórek i stymulują odnowę komórkową. Mocznik (5%) intensywnie nawilża, odżywia i chroni skórę stóp. Ekstrakt z limonki jest źródłem witaminy C, działa antyoksydacyjnie, antybakteryjnie, odświeżająco i wspomaga gojenie. Alantoina i betaina łagodzą podrażnienia i nawilżają skórę stóp.
Marion SPA złuszczający zabieg do stóp to profesjonalny zabieg do samodzielnego wykonania:
- bezpieczny,
- nieinwazyjny,
- skuteczny


Moja opinia:

O tym specyfiku oczytałam się wiele dobrego - chociaż zdarzały się przypadki, kiedy nie zdziałały cudów. Skarpetki wydawały się dobrą opcją do usunięcia zbędnego naskórka na stopach i chciałam wypróbować je na sobie. Długo rozglądałam się za nimi stacjonarnie, w końcu zrobiłam zamówienie na allegro - jedno opakowanie dla mnie, drugie dla ukochanego. 

Wewnątrz opakowania znajdują  się 2 saszetki z aktywnym płynem oraz foliowe skarpetki. Cały zabieg polega na wlaniu płynu do skarpetek, "zaaplikowaniu" twardych stóp, potem już tylko czekamy, aż będziemy piękne.  Jeśli jeszcze nie robiłyście tego zabiegu - przed otwarciem saszetek połóżcie je na grzejnik. Unikniecie nieprzyjemnego uczucia pływania w zimnym płynie:)

Tak więc jak już można się domyślić - ja tego nie zrobiłam, rozlałam zawartość saszetek do foliowych skarpetek, włożyłam stopy a na koniec w ruch poszły grube skarpety, aby wszystko trzymały w ryzach. W przypadku ukochanego był mały problem ze skarpetkami - przy rozmiarze stopy 46 założył je z trudem. Jeśli planujemy już zrobić zabieg, najlepiej jest zaplanować sobie godzinę spokoju, podczas chodzenia wszystko się chlapie i folia może łatwo pęknąć.

Czy coś czułam podczas zabiegu? Na początku jedynie zimno, po 30 minutach zaczęłam czuć delikatne mrowienie. Po 70-80 minutach zdjęłam skarpety i umyłam stopy.

Po 3 dniach skóra zaczęła schodzić - nie interweniowałam, pozwoliłam jej spokojnie się złuszczyć. Trwało to około tygodnia, teraz moje pięty są całkowicie gładkie, jestem bardzo zadowolona z efektu. W przypadku Mateusza o dziwo efekt jest taki sam.


Cena: Na allegro ok. 8 zł






Znacie skarpetki złuszczające od Marion? A może robiłyście zabieg ze skarpetkami innej firmy?:)

piątek, 5 lutego 2016

Nowości niekosmetyczne (SH + wyprzedaże)





W zeszłym tygodniu koleżanka namówiła mnie na odwiedziny SH. Byłam tam tak dawno, że z przyjemnością wstałam o świcie i ruszyłyśmy pod drzwi królewska lumpexowego, czekając aż Pani otworzy wrota i cała gromada oślinionych kobiet ruszy na bitwę i najlepsze zdobycze - wrota nie zostały uszkodzone a futryna pozostała na swoim miejscu.
Przez ostatni rok znacznie bardziej wolę robić zakupy kosmetyczne a kurierów z paczkami wypełnionymi kosmetykami wypatruję przez okno. Jednak człowiek nie małpa, ubrać się musi i ukochany wyciągnął mnie jeszcze na ostatnie wyprzedaże - tutaj już nie ma takich emocji jak w SH.

Po tym wstępie, muszę się dziewczyny kochane usprawiedliwić. Wiem, z czystym sumieniem przyznaję, że powinnam dostać pałę za odwiedziny na waszych blogach. Czytam wszystko na bieżąco, na szybkiego, ale cholerny wujek czas goni mnie niesamowicie a jak wiadomo - trwa sesja.
Magisterkę robię zaocznie i mam wrażenie, że ta sesja nie ma końca. Od stycznia mam egzaminy a w walentynkowy weekend czeka nas największa rzeź. Teraz powinnam pisać projekt, nawet już zaczęłam - mam AŻ plan i chyba dziś więcej nie napiszę:) Jeszcze żeby było mało - moja mała pociecha chodzi! Ba, biega jak mały bocian za żabami. Najlepszy widok, kiedy dziecko poczuję smak chodzenia i nie potrafi jeszcze zawracać.


Na pierwszy ogień idą zakupy lumpexowe:


1. torebka Atmosphere 15 zł







 2. Sukienka TOPSHOP 27 zł

Na plecach ma dosyć głęboki dekolt,  stan idealny.




 3. Koszula, Atmosphere 10 zł




4. Koszula dla mojego małego kawalera. 10 zł
 Kupiłam mu jeszcze koszulkę z lokomotywą, ale jak na największego fana "stacyjkowa" przystało - biegał w niej od razu po wyschnięciu a mama akurat robiła zdjęcia.





Zakupy wyprzedażowe:


1.  t-shirt Terranowa 11 zł




2. Skarpety - kupione w sklepie z bielizna w naszym miasteczku 2,90 sztuka

 


3. Terranowa 3,90




4. Cropp 19,90



5. Cropp 9,90





6. Nie przepadam za swetrami, moja szafa jest przepełniona marynarkami, ale znalazłam całkiem ładny golf!

Tally Weijl, 29,90 zł





7. Terranowa 15,90







I to koniec moich zakupów:)



A nasz Miłoszek skończył we wtorek roczek! Nie mogę uwierzyć jak ten czas szybko leci. W niedzielę będzie dmuchał swoją pierwszą świeczkę:)




środa, 3 lutego 2016

Balea, seria Frozen Breeze - mała podróż do dzieciństwa.

Przed świętami przyjechała do mnie paczka z zakupami DM'owskimi i w końcu miałam okazję przekonać się o co tyle szumu z żelami Balea. Właśnie kończę opakowanie pierwszej z trzech wersji zapachowej - ale muszę przyznać, że moja ciekawość była większa i próbowałam już całe trio. W zapachu frozen breeze (czyli mrożonych malin i fiołków) jestem zakochana i to on przypadł mi najbardziej do gustu:)






Balea żel pod prysznic frozen breeze


Co mówi producent:

 Kremowy żel pod prysznic marki Balea zawierający ekstrakty z mrożonych malin i fiołków oraz specjalną formułę Poly-Fructol dzięki czemu znakomicie nawilża skórę i jednocześnie chroni ją przed wysychaniem. Pozostawia cudowny owocowy zapach, idealny na zimne wieczory. Neutralne pH, produkt wegański,przebadany dermatologicznie. 

Skład:

 Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, Sodium Chloride, Coco Glucoside, Sodium Lauroyl Glutamate, Glyceryl Oleate, Glycerin, Inulin, Lecithin, Polyquaternium-7, Citric Acid, Styrene Acrylates Copolymer, Propylene Glycol, Sodium Sulfate, Hydrogenated Palm Glycerides Citrate, Tocopherol, Parfum, Benzyl Salicylate, Linalool, Citronellol, Sodium Benzoate, Phenoxyethanol, CI 16185, CI 28440


Moja opinia:

Żele pod prysznic wydają się tak zwykłym kosmetykiem, co może być w nich niezwykłego?
A może, a raczej niezwykłe jest to jak mogą wypieścić nas żele Balea. Otwierając opakowanie najpierw czujemy zapach - już się robi słodko. Wszystkie żele mają adekwatny kolor do szaty graficznej. W przypadku zapachu frozen breeze jest to fiolet. Także, kiedy już zaczynamy się myć tą fioletową miksturą a żel łączy się z wodą nasz nos zaczyna szaleć. Zapach jest intensywny, przyjemny i prysznic może trwać godzinę. Zapach mrożonych malin i fiołków chodził mi długo po głowie, bo kojarzyłam go z czymś bardzo znanym, ale nie mogłam sobie przypomnieć z czym - teraz już wiem. Jest to malinowa mamba w apogeum przeżuwania kiedy smak robi próbę atomową na naszych kubkach smakowych :)

Jego wadą z pewnością jest skład - dla wrażliwców może już nie być taki przyjemny.

Cena: ok 0,55 Euro - w drogerii niemieckiej są po 5 zł.


 




Balea balsam do ciała frozen breeze 


Co mówi producent:


Balsam do ciałą Balea frozen breeze porwie zmysły w urokliwą podróż słodkim, delikatnym zapachem mrożonych malin i fiołków. Łagodna formuła daje skórze nawilżenie i utrzymuje jej elastyczność. Balsam posiada cenne oleje z roślin oraz glicerynę. Łatwo się rozprowadza i szybko wchłania. Produkt wegański.

Skład:  

 Aqua, Glycerin, Ethylhexyl Stearate, Helianthus Annuus Hybrid Oil, Cetearyl Alcohol, Pentaerythrityl Distearate,  Butyrospermum Parkii Butter, Parfum, Glyceryl Stearate, Sodium Stearoyl Glutamate,  Carbomer, Phenoxyethanol, Benzyl Alcohol, Benzyl Salicylate, Linalooln,Citronellol, Anise Alcohol, Geraniol, Sodium Hydroxide


Moja opinia:

Tak jak w przypadku żelu, zapach jest niesamowicie intensywny. Balsam jest jego idealnym dopełnieniem. Ma lekką konsystencję, szybko się wchłania. Jednak w przypadku suchej skóry może sobie nie poradzić z nawilżeniem. Malinowa mamba utrzymuje się na skórze przez dłuższy czas, dlatego uwielbiam zimowe wieczory, kiedy "siedzę i pachnę":)

Cena: 1,25 Euro.

 






Macie malinowo fiołkową serię od Balea? Przypadła wam do gustu?:)