sobota, 31 października 2015

Avon perfumy Attraction for Her - Recenzja


Miesiąc temu udało mi się wygrać w konkursie kosmetyki marki Avon, między innymi w paczce znalazłam trio Attraction for her - czyli perfumy, balsam do ciała oraz perfumetka. 
Do perfumomaniaczek absolutnie nie można mnie zaliczyć, wystarczy mi jeden flakonik  dobrego,cięższego zapachu, który wystarczy mi na długo. Rzadko zachwycam się nad jakąś kompozycją, więc sam ten post pojawiając się na moim blogu dużo mówi o tych perfumach:)




Producent mówi..

"Avon Attraction dla niej to porywający trwały zapach, który zbliży was do siebie kuszącą nutą wytrawnych jeżyn, zniewalającym akordem piżma i waniliowym akcentem ambry.

Kategoria: Drzewno-owocowa.
Nuty zapachowe:jeżyny, akordy piżmowe, ambra waniliowa."


Moja opinia:

Zacznę od ich wady - czyli flakonu. Jak widzicie na zdjęciach, zamknięcie jest nieprzemyślane. Rozumiem, że tworząc perfumy, muszą się również wyróżniać wizualnie, ale "psikacz" po prostu nie ma zatyczki. Stojąc obok półki z perfumami, w powietrzu unosi się zapach, który ulatnia się ze środka. 
Przechodząc do samego zapachu - jest piękny. Delikatny, zmysłowy, nienachalny - jednak jednocześnie intensywny, chce się go więcej. Perfum w tej kategorii, jest mnóstwo, żaden jednak mnie tak nie zachwycił, abym musiała go mieć. Może to również, ze względu na mój specyficzny nos, lubiący MOCNO I DUŻO, ale Attraction opanowało mnie totalnie, "noszę" je nawet podczas siedzenia w dresach przed telewizorem:) Kojarzy mi się z silną,kokieteryjną jednocześnie nieśmiałą kobietą.
Czas, jaki utrzymuje się na ciele uważam za kwestię sporną, ponieważ różne perfumy różnie utrzymują się na poszczególnych osobach. U mnie jest to kilka  godzin, dosyć długo jak na takdelikatny zapach.

Cena - ok 70-90 zł/50 ml 
Na allegro można upolować je znacznie taniej:)






Oczywiście o gustach się nie dyskutuje, ile zapachów tyle opinii, dlatego chętnie poznam waszą opinię na temat tych perfum - jeśli już je wąchałyście:) Jakie są wasze ulubione flakony?

piątek, 30 października 2015

Moje czerwone włosy - ich historia, pielęgnacja włosów farbowanych oraz farby jakie używałam.

Witam was, dziś poczytacie o moich refleksjach na temat wieloletniego farbowania i utrzymania trudnego koloru jakim jest czerwony bądź też rudy:) Zapraszam do długiej lektury.



 Część I. Historia i pielęgnacja


Od zawsze chciałam być ruda, rude włosy są w moich oczach wyjątkowe, tym bardziej, że sama z natury mam włosie w mysim kolorze, bez żadnego wyrazu, określenia. Dodatkowo jako dziecko byłam zafascynowana Anią z Zielonego Wzgórza:)
W moim gimnazjum były surowe zasady i trzymałam bunt głęboko w sobie, czekając aż skończę 3 klasę i będę mogła zasiąść na fryzjerskim fotelu. 2 dni po odebraniu ostatniego, gimnazjalnego świadectwa nastał mój dzień. Wybrałam wymarzony, rudy kolor i czekałam aż fryzjerka pokaże mi moje nowe, wymarzone włosy. Wyglądałam zupełnie inaczej i w tamtym czasie byłam pośmiewiskiem wielu osób (rudy to brzydki i zły), ja byłam szczęśliwa i to mi wystarczyło:) Czy dziś żałuję, że zaczęłam "niszczyć" farbą włosy tak wcześnie, w wieku 16 lat? Absolutnie nie.

Upłynął pierwszy tydzień, drugi i zaczęło dziać się coś niepokojącego - znów miałam mysie włosy z wypłukaną rudą poświatą. Jak to możliwe? 
Przez około 7 miesięcy farbowałam włosy u fryzjerki, drugim identycznym przykładem na to, co zaraz napiszę jest moja mama (włosy brązowe/czarne). Idąc do profesjonalnego fryzjera, siedząc z profesjonalną farba na głowie i płacąc "profesjonalne" pieniądze oczekuję, że kolor utrzyma się dłużej niż 2 tygodnie. Sytuacja ta nie zdarzyła się w 1 salonie a powtarzała się aż w 3. Co na to fryzjerka? Farba jest profesjonalna, nie niszczy tak włosów itd itd. NAJWIĘKSZA BZDURA, adekwatna do tego, że w salonie nagle z 2 cm skrócenia włosów robi się 10-15 cm. Przez moje ręce i włosy przeszło już mnóstwo farb i mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że farbując włosy w domu dobrą farbą, będziemy mieć włosy w identycznym stanie jak po wyjściu z salonu. Fryzjerka tłumaczyła się również, że rudości tak mają, natomiast u mojej mamy, która "nosi" ciemniejsze, naturalne odcienie odpowiedzi już brak.

Rudy kolor jest naprawdę trudny, ale oczywiście można ten odcień utrzymać na włosach na dłużej. W czym tkwi tajemnica? W pigmencie. Za każdym razem, kiedy farbujemy włosy na intensywny kolor, drogeryjną farbą zwiększa się ilość pigmentu we włosiu i pomimo, że włosy stają się blade to odcień wciąż się utrzymuje. Jedynie co 2 miesiące wystarczy odświeżać kolor - uważam, że to taki optymalny czas nie za długo, nie za krótko.

(Dobrą farbą, którą można osiągnąć pomarańczowy efekt jest L'oreal Preferene - P78  Bardzo intensywna miedź.)

Włosy na pewno będą bardziej suche, końce rozdwojone i zanikający z każdym dniem blask. Za wymarzony kolor zazwyczaj tym musimy zapłacić. Taka sama sytuacja jest chyba przy włosach rozjaśnianych?:)
Aby się nie zgubić w tym dążeniu do ideału musiałam walczyć z innych stron.
Po pierwsze odstawiłam całkowicie piankę do włosów i lakier, nie będę się teraz rozpisywać o tych produktach, ale przy codziennym stosowaniu są cichymi zabójcami dla naszych włosów.
Po drugie używam suszarki naprawdę w wyjątkowych sytuacjach, latem praktycznie wcale. Kiedy jeszcze wstawałam codziennie rano do szkoły w Liceum, suszyłam włosy zimnym strumieniem.
A po trzecie to regularne podcinanie końcówek, co jest naprawdę ciężkie, zwłaszcza jeśli zapuszczamy włosy. Rozdwojone końce, przy każdym myciu wypuszczają pigment z naszych włosów, dlatego często zniszczone włosy szybciej tracą kolor.

Z szamponami do włosów farbowanych to trudny temat. Szampon to szampon, ma umyć a pozostałą prace lepiej oddać odżywkom/maskom. Wiadomo, że w drogeriach, szampony są przepełnione sylikonami i szczerze - nie polecę wam nic, bo nic nie działa ( przynajmniej na moich włosach). Jedynie ciekawy kosmetyk, jaki znajdziemy w zwykłych Delikatesach to Vanita Henna Color, szapon z henną (dla brunetek, blondynek oraz rudowłosych). Rytuał mycia wygląda trochę inaczej - nie zmywamy od razu piany a pozostawiamy szampon kilka minut na włosach, by henna weszła we włosie. Szampon kosztuje około 7 zł i jest ciekawym produktem:)





Wracając do mojej dalszej historii zabarwienia. Jako młoda dziewczyna, chciałam eksperymentować i zmienić fryzurę. Z długich rudych loków ścięłam włosy na baaardzo krótkiego boba z prosta grzywką i przefarbowałam się na czarno. Nie mogę znaleźć zdjęć, ale tak się zmieniłam, że kolejnego dnia w szkole znajomi mnie nie poznali, przechodząc obojętnie - musiałam powiedzieć, że ja to ja:)
W tym kolorze czułam niedosyt, był taki.. normalny? Nie wiem czy wszystkie tak macie, ale zmiana fryzury, koloru, nawet zrobienie grzywki to takie wewnętrzne emocje i pewnie faceci nigdy tego nie zrozumieją:) 

Zmiana koloru rudy -> czarny. Bodajże za drugim farbowaniem udało mi się pozbyć ciepłych tonów. Za pierwszym razem był to przyjemny ciepły brąz, później już osiągnęłam czarny kolor i z każdym kolejnym farbowaniem efekt pogłębiałam. W rudości mamy o tyle dobrze, że wypłukująca się farba zmierza ku blondowi. Jeśli czyta mnie jakaś fryzjerka, pewnie zostanę zniszczona za moje teorię, ale piszę wszystko z obserwacji i czekam na poprawki:)

Wiece jak to jest podczas niedosytu, kolejny czas na zmiany... Musiałam się teraz dobrze zastanowić, tęskniłam za rudością, ale jednak ten kolor jest bardzo trudny i ciemniejsze odcienie bardziej pasowały do mojej karnacji i twarzy. W końcu zdecydowałam się po prostu na czerwień. Tutaj zaczęły się schody.

Zmiana koloru czarny -> czerwony. Wiedziałam, że sama sobie nie poradzę, chemik ze mnie kiepski, bałam się rozjaśniania itd. Poszłam do fryzjerki. Rozjaśniała mi włosy, ale tylko pasmami, by powoli wyjść z czerni. Prawdę mówiąc, nie jestem w stanie napisać wam, co dokładnie robiła z moimi włosami, ale dążyłyśmy do pozbycia się czarnego pigmentu. Krótkie włosy, szybko odrastały a ja już męczyłam je czerwoną farbą. Odrosty miałam czerwone, pozostałość włosów kwestia spostrzeżenia :) Historia lubi się powtarzać, po 2-3 farbowaniach byłam czerwona. Z każdym kolejnym farbowaniem pigment był coraz ładniejszy i byłam bardzo zadowolona. W końcu czarne końce zostały zlikwidowane i zaprzestałam kolorowych kombinacji. Teraz dążę do zdrowych włosów na wszystkie sposoby i myślę, że zmierzam w dobrym kierunku:)

Podsumowując, przy czerwonych/rudych włosach najwięcej działa czas i pigment jaki w tym czasie dostarczymy naszym włosom. Oczywiście nie ma co przesadzać, czasem czytam z przerażeniem, że w ciągu miesiąca, ktoś nałożył kilka opakowań farb na włosy. Piękne włosy to zdrowe włosy!:)

Część II. Farby jakie używałam + zdjęcia  

Czerwona farba gości u mnie już ponad 5 lat, różne specyfiki przeleciały przez moje ręce i włosy, także pokaże wam farby godne uwagi:)

Na pierwszy ogień idzie mój totalny ulubieniec, odcień idealny - L'oreal Preference P76 płomienna czerwień. Polecam wam całą serię Preference, jest to kosz około 30 zł, ale jest to kwota znacznie mniejsza niż zapłacimy w salonie. Na moje długie włosy wystarcza mi jedno opakowanie, także to jest dużym plusem. Poza tym farba długo utrzymuje się na włosach, śmierdzi minimalnie - chociaż to kwestia gustu zapachowego. Uważam, że jest to najmniej szkodliwa dla włosów farba wśród tych drogeryjnych. Bardzo lubię też odżywkę dołączaną do opakowania.






Kiedy w osiedlowej drogerii nie ma mojego odcienia, sięgam po jej ciemniejszą wersję. Jest to czerwień znacznie ciemniejsza, wpadająca w bordo. A mowa o L'oreal Preference P37 intensywna ciemna czerwień. Kolor kwestia gustu, natomiast właściwości identyczne.



Na kolejny ogień idzie czerwień z serii Prodigy również marki L'oreal - rubin intensywna czerwień 6.60. O ile seria Preference jest strzałem w 10, tak do tej mam kilka zastrzeżeń. Farba utrzymuje się również długo, natomiast sam kolor na włosach nie jest tak intensywny i tu nie chodzi o odcień. Po prostu mam wrażenie, że nie wnika do końca pomimo długiego trzymania na włosach. Kolor jest czerwony, ale nie tak intensywny jak na opakowaniu i nie tak piękny jak Preference:)


Czas na odrobinę niższą półkę, o równie dobrej jakości - Garnier Olia 6.60 Intensywna czerwień. Kolor jest intensywny, włosy są niezwykle błyszczące. Jeśli chodzi o samą czerwień, odcień jest ten dosyć ciemny, jednocześnie widać w nim pożądany pigment,Bardzo lubię tą farbę, kosztuje około 20 zł, także warto wypróbować.


I na koniec pozostaje mi propozycja od Syoss. Tutaj jest kwestia sporna - jedni markę Syoss omijają szerokim łukiem, inni uznają ją za bardzo dobrą jakościowo markę kosmetyków. Ja nie mam zastrzeżeń, moje włosy uwielbiają szampony, odżywki i również farby Syossa. 5-92 intensywna czerwień, to kolejny ciemny odcień, przypominający raczej L'oreal Preference P37, jednak jego tańszy zamiennik. Farbę tę również lubię, ale moim faworytem jest jasny odcień P76, który w rzeczywistości wygląda znacznie ciemniej - idealnie:)



Na koniec zdjęcia w pierwszym tygodniu po farbowaniu L'oreal Preference P76 i wypłukanie farby w pierwszych 2 miesiącach.




A jakie spostrzeżenia na temat farbowania włosów jest u Was? Jestem ciekawa, czym farbujecie i co polecacie do włosów farbowanych:)

Dziewczyny, przypominam o rozdaniu, które kończy się w poniedziałek o północy 02.11 - jeżeli jeszcze się nie zgłosiłyście, zapraszam:) ROZDANIE KLIK





środa, 28 października 2015

Syis krem pod oczy - Recenzja


Krem pod oczy  od Syis wiele z nas znalazło we wrześniowym pudełku Shinybox. Używam go od dnia dostawy, czyli już ponad miesiąc, wiec czas na recenzję:)


Co obiecuje producent?  


"Data ważniści: koniec 01.2016

Przeznaczony do każdego rodzaju skóry. Świetnie radzi sobie z zasinieniami oraz drobnymi zmarszczkami pojawiającymi się wokół oczu. Dzięki zawartości cennego wyciągu z korzenia Tarczycy Bajkalskiej rozjaśnia, uelastycznia i wygładza delikatną skórę. Witamina B3 stymuluje syntezę kolagenu i spłyca zmarszczki. Zawarty w kremie kolagen działa regenerująco oraz odpowiednio nawilża skórę. Skóra staje się gładsza, lepiej odżywiona, a spojrzenie nabiera blasku.
 
Substancje aktywne:

Scutellaria Baicalensis Root Extract
Wyciąg z Korzenia Tarczycy Bajkalskiej wykazuje działanie przeciwzapalne, przeciwzakrzepowe, przeciwbakteryjne i przeciwnowotworowe. Chroni skórę przed szkodliwym promieniowaniem UV, opóźnia starzenie komórek i przywraca aktywność fibroblastów. Stosowanie kremu zawierającego baikalinę, skutkuje znacznym zwiększeniem elastyczności i jędrności skóry. Zawiera przeciwutleniacze takie jak Oroxylin A i Baikaleina.

Soluble Collagen
Kolagen odpowiada za utrzymanie odpowiedniego stopnia nawilżenia skóry, poprawia jej elastyczność oraz jędnrność. Zatrzymuje zarówno substancje hydrofilowe jak i lipofilowe. W ten sposób obniżona zostaje TEWL (transepidermalna utrata wody). Jego rozbite cząsteczki wnikają w głąb skóry, gdzie stają się materiałem budulcowym naturalnego kolagenu. Kolagen niweluje oznaki starzenia się skóry, uelastycznia i wygładza skórę.
 
NiacinamideWitamina PP/B3 poprawia ukrwienie skóry, stymuluje syntezę kolagenu w dojrzałych fibroblastach, spłyca drobne zmarszczki, uelastycznia skórę uszkodzoną promieniowaniem UV. Jest silnym antyoksydantem, zapobiega procesowi fotostarzenia. Niacinamid odbudowuje naturalną barierę ochronną zwiększając syntezę ceramidów, kwasów tłuszczowych i cholesterolu w przestrzeni międzykomórkowej, zwiększa nawilżenie i odżywia skórę. Zmniejsza przebarwienia, wykazuje działanie przeciwtrądzikowe."
 
Moja opinia: 
Dotychczas nie miałam styczności z kosmetykami Syis, eleganckie opakowanie z podpisem "professional" wydaje się kryć w sobie dobry kosmetyk. Data ważności upływa w styczniu 2016, dlatego chciałam go zużyć tej jesieni - kremy pod oczy wystarczają mi na długo. Opakowanie posiada wygodną pompkę, dodatkowo widać ile produktu pozostało wewnątrz. To tyle na wizualne spostrzeżenia, teraz przejdźmy do działania kremu:)
Kilka dni przed dostawą Shinyboxa zaczęłam używać Long4Lashes i jeśli czytałyście recenzję, wiecie, że miałam podrażnioną skórę wokół oczu. Największe podrażnienie utrzymywało się przez pierwsze 3 dni (teraz już nie mam z tym problemu). Oprócz podrażnienia, doszły zasinienia pod oczami, więc ucieszyłam się z kremu na zasinienia i pierwszego dnia zaczęłam go testować. Pierwsze wrażenie nie było przyjemne - dosłownie. Nakładając go na podrażnioną skórę, czułam pieczenie. Zmyłam go i nałożyłam krem za niecałe 15 zł od Eveline - świetnie. Kolejnego dnia było drugie podejście, pomimo pieczenia chciałam pozostawić go do rana, żeby zobaczyć jak sprawdzi się na zasinienia. Po ponad miesiącu stosowania muszę stwierdzić, że krem się niestety nie sprawdził. Przy mało wymagającej skórze, niezbyt przesuszonej okolicy oczu może jest w stanie się coś zdziałać, ale przy większych problemach nie działa praktycznie wcale - nawilżenie minimalne, zasinienia też delikatnie zmniejszył, ale od kremu pod oczy za około 30 zł oczekuje się znacznie więcej. Drobne zmarszczki jak były, tak są:)
 


Używacie? Co o nim sądzicie?:)

poniedziałek, 26 października 2015

Avon Big & False Lash Efekt sztucznych rzęs - Recenzja

Witam was dziewczyny w nowym tygodniu:)

Jakiś czas temu pokazywałam wam paczkę kosmetyków Avon, która wygrałam na wizażu. Znalazłam w niej między innymi 3 tusze, które obecnie są nowością w katalogach. Okazało się, że każdy tusz jest w innym dostępnym w sprzedaży kolorze. Moje zapasy mascarowe są spore, dlatego każda sztuka trafiła w inne ręce - kolor czarny dostała moja mama, na przyjaciółkę padło opakowanie z niebieskim produktem i dla mnie brązowy:) Chciałam sprawić przyjemność a jakie było nasze zaskoczenie, kiedy okazało się, że szczoteczka jest granatowa!
Przyjaciółka z niebieskiej wersji jest zadowolona, kolor widoczny jest jedynie pod światło, w pomieszczeniu nie ma żadnej różnicy kolorystycznej z jej naturalnymi rzęsami. Moja - brązowa wersja jest całkowicie naturalna, zauważyłam, że tusz jest brązowy po dokładnych oględzinach.

Jeśli jesteście ciekawe dokładnych refleksji, zapraszam do dalszego czytania:)



Co mówi producent?

"Pogrubiający tusz do rzęs dla efektu sztucznych rzęs jak z salonu.
• pogrubia, nadając efekt sztucznych rzęs
• nie pozostawia grudek, nie skleja, nie rozmazuje się
• zapewnia długotrwały efekt

Szczoteczka:
Klasyczna szczoteczka z włosia, gęsta, mocno pogrubiająca. Dzięki ergonomicznej migdałowej formie dociera do samej nasady, kącików oraz dolnych rzęs, aby równomiernie wypełnić je mikrowłóknami.

Formuła:
Opatentowana formuła 1000 mikrowłókien: Tysiące mikrowłókien o różnych kształtach i wielkościach idealnie dopasowują się i przylegają do rzęs, pogrubiając je i wygładzając dla efektu sztucznych rzęs. Formuła nie pozostawia grudek, nie skleja rzęs i nie rozmazuj się, zapewniając długotrwały efekt.

Testowany okulistycznie. Testowany klinicznie. Hipoalergiczny. Odpowiedni dla wrażliwych oczu. Odpowiedni dla osób noszących soczewki kontaktowe. "

Moja opinia:

Tusz ma przyjemne dla oka, eleganckie opakowanie, które ładnie prezentuje się na półce. Szczoteczka to typowy "futrzak", jednak nie sprawia trudności w aplikacji. Odkąd dostałam paczkę, nie używam żadnej innej mascary. Moje rzęsy są dosyć kłopotliwe, wciąż walczę z ich jakością, dodatkowo są sztywne. Tusz potrafi je podkręcić i efekt ten pozostaje na cały dzień. Jest idealny do makijażu dziennego, ale również wieczorowego - bez problemu można budować mocniejsze wytuszowanie rzęs. Nie ma potrzeby przesuszania tuszu, od początku jego formuła jest całkiem w porządku, nie jest zbyt mokry. Nie zauważyłam osypywania się.
A jak wygląda w praktyce główna obietnica producenta? Chyba można się z nim zgodzić, tusz ma idealnie rozdzielać rzęsy by tworzyć sztuczny efekt. Bądźmy realistkami, nagle sztuczne rzęsy nam się nie doczepią, ale faktycznie - rozdziela fenomenalnie. Można zauważyć rzęsy o których nie miało się pojęcia:)
Dawno nie byłam aż tak zadowolona z mascary, mogę wam go polecić z czystym sumieniem. 
Jego zakup to bodajże 17-18 zł, jeśli jesteście na bieżąco w Avonie to napiszcie mi dokładną cenę:) Przy szale na Loreal itd, ta cena jest raczej rozsądniejsza.





Tak prezentuje się na rzęsach ( w miniaturach, przy "niezrobionych" brwiach nałożyłam jedną warstwę tuszu; na zdjęciu całej twarzy mam dwie warstwy).


sobota, 24 października 2015

Long4lashes serum przyśpieszające wzrost brwi/rzęs - efekty po 5 tygodniach stosowania

Cześć dziewczyny:)

Jeśli jesteście ze mną dłużej, czytałyście to już mnóstwo razy. Jeśli nie, jeszcze raz napomknę - przez całe lato zmagałam się po ciąży z nadmiernym wypadaniem włosów i rzęs. Z włosami szybko sobie poradziłam, z rzęsami sytuacja była tragiczna. Wypadały przy każdym dotyku, przez co porobiły się prześwity. Nałożenie tuszu zupełnie nie poprawiało ich wyglądu, załamywałam ręce. Przez ponad miesiąc traktowałam je olejkiem rycynowym - na próżno. W końcu przyszedł czas na odżywkę, do których prawdę mówiąc jestem sceptycznie nastawiona.



Long4lashes zamówiłam na allegro, z przesyłką zapłaciłam bodajże 55 zł. Już na początku spotkały mnie schody. Sprzedawca się pomylił i zamiast serum do rzęs, wysłał mi serum do brwi. Zależało mi na czasie, więc zostawiłam swoją przesyłkę i zaczęłam kurację. Jeżeli jesteście ciekawe, obadałam składy obu produktów - serum do rzęs oraz serum do brwi. Czym się różnią? Skład mają identyczny, jedyną różnicą jest aplikator. W produkcie do brwi znajdziecie cienki pędzelek do precyzyjnej aplikacji, w moim serum przeznaczonym do brwi zamiast pędzelka znajdowała się gąbeczka.




Odżywkę aplikowałam każdego wieczoru przez 5 tygodni na rzęsy oraz na brwi ( nie żałując produktu). Pierwsze 3 dni moje powieki były okropnie podrażnione i myślałam, że już zrezygnuję z kuracji, ale dałam jej szansę i z każdym dniem było coraz lepiej. Okolica wokół oczu jest przesuszona, ale nic mnie nie boli, nie piecze.

Efekty zauważalne były najpierw na brwiach Mam spore braki od wewnątrz a także na górnym łuku. Brwi uzupełniają się w coraz szybszym tempie i w chwili obecnej po prostu je zostawiłam i swawolnie mnie obrastają.
Rzęsy były bardziej oporne, efekty były widoczne ok 1,5 tyg temu. Wciąż rosną, co bardzo mnie cieszy.  Dziury są już niewidoczne, rzęsy są  znacznie dłuższe, grubsze, elastyczniejsze i można zauważyć nowe włoski.

Poniższe zdjęcia oglądacie na własną odpowiedzialność - brwi są zarośnięte i nieestetyczne a skóra przesuszona odżywką:)

Przed kuracją :




Po 5 tygodniu:




 

czwartek, 22 października 2015

Akcent na dolnej powiece


Jeśli obserwujecie mnie dłużej, pewnie już zauważyłyście, że gdybym musiała być zwierzątkiem z pewnością byłabym pawiem!:)
Lubię kolor, dużo kolorów. Zawsze jak robię makijaż dzienny i bawię się brązami kończy się na turkusie lub fiolecie:) Minął miesiąc odkąd używam Long4lashes i moje brwi wpadły w totalny szał. Codziennie mam nowe włoski, odrastają w miejscach, które od lat były "gołe", przez zbyt długie skubanie w czasach gimnazjalnych. W końcu może uda mi się je zapuścić i uzyskać nowy kształt.

Jeśli macie opadające powieki, pewnie znacie ten ból, kiedy zrobicie makijaż a cienie są praktycznie niewidoczne przez fałdę skóry. Często, więcej koloru umieszczam na dolnej powiece, aby bardziej podkreślić oko. Dobrze sprawdza się to w dziennych makijażach, który może niebawem tu pokażę, jak nauczę się robić zdjęcia i beże będą widoczne:)






Kosmetyki, których użyłam:
  • Twarz: podkład Bourjois HM nr 52 + podkład Pierre Rene Skin Balance nr 20; puder ryżowy Paese, bronzer Kobo, rozświetlacz Wibo Illuminating.
  • Brwi : pomada Ardell Medium Brown
  • Usta: Golden Rose Velvet Matte nr 13
  • Oczy: cienie z palet: Sleek Ultra Matte Darks V2, Makeup Revolution Eyes like angels, Zoeva Smoky; Golden Rose Perfect Lashes Eyeliner; Tusz Avon big&false lashes; czarna kredka Sumita.

środa, 21 października 2015

Shinybox październik 2015

Miesiąc temu zaczęłam przygodę z Shiny i pierwszy raz zamówiłam 3-miesięczny pakiet. Wrześniowe pudełko trafiło w moje gusta i praktycznie wszystko używam. Peeling od Vedary i olejek Orientana był strzałem w dziesiątkę!

Październikowe pudełko nie zapowiadało się ciekawie - było praktycznie pewne, że (aż)  3 pełnowymiarowe kosmetyki okażą się kolorówką, która może być totalnie nietrafiona.






1. Clarena Kawiorowy krem do biustu z efektem Push Up 76 zł/200 ml - otrzymujemy próbkę 30 ml.
Październikowe pudełko promowane pod hasłem walki z rakiem piersi a w środku znajdujemy małą buteleczkę kremu do biustu, który wystarczy na 2-3 razy.



2. Sumita kredka do oczu bogata w olejki umożliwia płynną i miękką aplikację. Kolejny produkt  niepełnowymiarowy. Jest naprawdę miękka - połamała mi się przy otwieraniu. Na szczęście mamy temperówki i można temu zaradzić. W moim pudełku znalazłam kredkę z czarnym kolorze, także może być.

71 zł/szt.



3. L'OCCITANE szampon do włosów Cytrusowa Werbena - orzeźwi Twoje włosy oraz zapewni im witalność, połysk i sprężystość (...).
Wątpię, czy poznam jego wspaniałe właściwości, wystarczy mi maksymalnie na 2 mycia.

59 zł/250 ml - otrzymujemy próbkę 50 ml.




4. L'OCCITANE Odżywka do włosów Cytrusowa Werbana - pomoże rozplątać i wygładzić włosy. Ta sama historia, odżywka jest maleńka a moje włosy potrzebują dużo produktu.

68 zł/250 ml - otrzymujemy 50 ml.




Teraz czas na produkty pełnowymiarowe za łączną sumę 34,50 zł.

5. Diadem rozświetlający róż do policzków. Trafił mi się odcień nr 09 - jest on wyjątkowo brzydki i na pewno nie wybrałabym go sama. Wiecie co? Idealnie mi pasuje i jestem z niego zadowolona.

14,50 zł




6. Wibo Tusz do rzęs Queen Size - maskara pogrubiająca i wydłużająca. Ten tajemniczy, nowy kosmetyk na polskim rynku okazał się drogeryjnym tuszem za kilka złotych. Jestem zawiedziona, poza tym mam 3 tusze w zapasie i 4 już otwarte.

8 zł/ szt.



7. Delia Roll-on pod oczy wygładzające drobne zmarszczki. Mam trzy kremy pod oczy i oddałam go mamie

12 zł/ szt.



12 zł/szt.


Pudełko nie zrobiło na mnie wrażenia, jest po prostu kiepskie. Jedynie jestem zadowolona z różu. Kredkę pewnie też będę używać. Oby za miesiąc było lepiej. A wam jak się podoba?

sobota, 17 października 2015

Golden Rose Matte Lipstick Crayon - matowa szminka w kredce. Nowe kolory + swatche 08,12,13,14


Niedawno mogłyście zobaczyć pełną recenzję nowych szminek od Golden Rose. Moja kolekcja powiększyła się o kolejne dwa odcienie 12 i 14. Kredki są tak świetne, że pewnie na czterech się nie skończy. Dziś nie będę się dużo rozpisywać na temat ich trwałości, jeśli nie widziałyście recenzji - odsyłam tutaj.
Pokażę wam jedynie, jak prezentują się na ustach:)

Nr 08 jest chyba najpopularniejszym kolorem w odcieniu zgaszonej śliwki.
Nr 12 to jasny, cukierkowy róż, który będzie pasował większości karnacji. Ja czuję się w nim źle:)
Nr 13 to jego ciemniejsza wersja z domieszką pomarańczowego pigmentu, dosyć nasycony, chociaż wydaje się jasny.
Nr 14 to średni brąz, który uwielbiam!

Przy dzisiejszej pogodzie ciężko było mi uchwycić prawdziwy kolor szminek, ale wyszło praktycznie identycznie jak na żywo (najgorzej wypadł nr 13 - z lampą, na żywo jest bardziej pomarańczowy). Moje usta z natury są bardzo jasne i dodatkowo podbijają kolory - weźcie to pod uwagę:)








Macie swoich faworytów, niekoniecznie z mojej czwórki?:)